poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ksiażki roku "Z najwyższej półki"



Wczoraj wieczorem w trójkowej audycji Z najwyższej półki redaktor Michał Nogaś dokonał podsumowania najważniejszych pozycji literackich roku 2013. W dokonaniu wyboru pomogła mu Justyna Sobolewska („Polityka”), Magda Mikołajczuk (Program 1 Polskiego Radia), Zofia Król (dwutygodnik.com), Piotr Bratkowski („Newsweek Polska”) jak również słuchacze audycji. Razem udało im się stworzyć listę 19 wyróżniających się książek, zarówno powieści jak i reportaży (pojawia się nawet jeden tomik poetycki) ze zdecydowaną przewagą dzieł naszych rodzimych pisarzy. Zaskoczeń brak i myślę, że dla każdego, kto śledził na bieżąco polski rynek wydawniczy, wybór ten jest oczywisty.

Wiesław Myśliwski Ostatnie rozdanie (Znak)
Jaume Cabre Wyznaję (Marginesy)
Ignacy Karpowicz Ości (Wydawnictwo Literackie)
Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje (Korporacja ha!art)
Angelika Kuźniak Papusza (Wydawnictwo Czarne)
Maciej Wasilewski Jutro przypłynie królowa (Wydawnictwo Czarne)
Filip Springer Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach (Karakter)
Filip Springer Wanna z kolumnadą (Wydawnictwo Czarne)
Piotr Paziński Ptasie ulice (Wydawnictwo Nisza)
Jerzy Pilch Wiele demonów (Wydawnictwo Wielka Litera)
Jerzy Pilch Drugi dziennik (Wydawnictwo Literackie)
Marcin Świetlicki Jeden (Wydawnictwo EMG)
Patrycja Pustkowiak Nocne zwierzęta (W.A.B.)
Paweł Potoroczyn Ludzka rzecz (W.A.B.)
Andrzej Muszyński Południe (Wydawnictwo Czarne)
Michael Crummey Dostatek (Wydawnictwo Wiatr Od Morza)
Beato Chomątowska Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie (Wydawnictwo Czarne)
Łukasz Orbitowski Szczęśliwa ziemia (Wydawnictwo Sine Qua Non)
Eustachy Rylski Obok Julii (Wydawnictwo Wielka Litera)

Lista przewidywalna i myślę, że śmiało można traktować ją jako zapowiedź przyszłorocznych nominacji do wszelkich nagród literackich. Ba, już wśród powyższych pozycji można wyłowić dwa nazwiska nominowane do Paszportów Polityki. Trochę razi brak tego trzeciego, chyba najbardziej ostatnio rozdmuchanego i już nagrodzonego Nagrodą im. Teresy Torańskiej, jednak widocznie Bukaresztowi Małgorzaty Rejmer czegoś zabrakło, by pojawić się na powyższej liście. Brak również głośnego Eli, Eli Wojciecha Tochmana oraz popularnych biografii Brzechwa nie dla dzieci, czy Tuwim. Wylękniony bluźnierca Mariusza Urbanka.

Swoją drogą nikt nie zaproponował dopisania Kronosu Gombrowicza, dziennika, który miał przecież być najważniejszym wydarzeniem literackim XXI wieku. Chociaż akurat jego absencja jakoś wcale mnie nie dziwi.

A wy kogo dopisalibyście do powyższej listy? A może któryś z wymienionych tam autorów znalazł się na niej zupełnie bezpodstawnie?

Szlakiem literatury zagranicznej: przystanek #4 - Angola

Gościnny występ herbaty. W końcu nie samą kawą żyje człowiek.

Czas wybrać się w kolejną podróż ścieżkami literatury światowej.

Z Maroka, które miałam okazję odwiedzić poprzednim razem i do którego prawdopodobnie niedługo powrócę, wybieram się niedaleko, bo do Angoli. Ten sam kontynent, zupełnie inny kontekst kulturowy.



Często traktujemy cały kontynent afrykański nieco zbyt homogenicznie, kojarzymy go sobie z piramidami, ciemnoskórymi mieszkańcami i nieograniczonym obszarem pustyni. Tymczasem kontynent ów jest znacznie bardziej zróżnicowany, niż możemy sobie to wyobrazić. Nie chodzi tutaj wcale o okoliczności przyrody, bo to ciężko mi ocenić spoglądając na zdjęcia wyszukane przez wszystkowiedzące, ale niestety nie zawsze wiarygodne Google, ale przede wszystkim o kontekst kulturowy.

Weźmy na przykład Maroko i Angolę. Oba państwa znajdują się w zupełniej innej części kontynentu – pierwsze wykształciło się na północy, drugie nieco bardziej na południu. Zamieszkiwane są one przez przedstawicieli zupełnie różnych grup etnicznych, ludów władających różnymi językami, nieposiadających wspólnych korzeni. Znajdujące się w basenie Morza Śródziemnego Maroko znalazło się pod silnymi wpływami Islamu, które nie zdołały już dosięgnąć położonej w głębi kontynentu Angoli, gdzie za sprawą misjonarzy rozkwitło chrześcijaństwo. W erze podbojów kolonialnych, to pierwsze zostało zajęte przez Francję, natomiast ziemie drugiego przywłaszczyli sobie Portugalczycy (nieco później państwo to zaczęło również flirtować z ZSRR). Oba państwa jednak łączy jedna cecha – tradycja literacka żadnego z nich nie jest dobrze znana w Polsce.

W latach ’70 minionego wieku, na polskim rynku wydawniczym ukazał się tomik wierszy Palmy nadziei niejakiego Agostinho Neto, angolskiego poety i… pierwszego prezydenta niepodległej Angoli (ciekawe, czy gdyby nie piastowany przez niego urząd, jego wiersze pojawiłyby się w Polsce – szczerze w to wątpię). Nie jest to wyjątek, innymi politykami angolskimi lubującymi się w zamykaniu swoich myśli w formie poetyckiej byli Viriato da Cruz, António Jacinto (nic mi jednak nie wiadomo odnośnie publikacji ich utworów w Polsce) oraz preferujący formę powieści były minister edukacji Pepetela (właściwie Artus Carlos Maurício Pestana dos Santos), którego wydana w 2001 roku powieść Jaime Bunda, agente secreto, parodia słynnego agenta 007, ukazała się w Polsce 9 lat później nakładem wydawnictwa Claroscuro jako Tajny agent Jaime Bunda.

Ja jednak skupię się na wydanej przez wydawnictwo Karakter w mijającym już roku powieści o zagadkowym tytule Babcia 19 i sowiecki sekret. Jej autor, Ondjaki, jest, zdaniem wydawnictwa, „jednym z najbardziej cenionych twórców współczesnej Afryki”, co potwierdza lista zdobytych nagród (Prémio  Sagrada Esperança i Prémio  António Paulouro, Grande Prémio de Conto Camilo Castelo Branco). Mam nadzieję, że jego twórczość jest faktycznie tak dobra i nie ma w tych pochwałach ani krzty przesady.

sobota, 28 grudnia 2013

Nagroda Literacka Dynia 2013



W Wigilię poznaliśmy laureatów pierwszej edycji nowej, wrocławskiej nagrody o jakże intrygującej nazwie Nagroda Literacka Dynia. W opisie nagrody możemy przeczytać, że:

"Wrocławska Nagroda Literacka Dynia to crème de la crème wśród polskich wyróżnień przyznawanych w dziedzinie literatury. To drugi - po Nagrodzie Nike - najbardziej opiniotwórczy laur literacki w Polsce, a nagradzane są najgorsze książki i cytaty roku. Żarty się nas trzymają?
Niekoniecznie, bo Dynia to protest przeciwko nagradzaniu tytułów literacko wątpliwych. Wśród nominowanych książek rekrutują się najsłabsze tytuły wyróżniane i nagradzane w ogólnopolskich konkursach literackich. Nagroda Literacka Dynia będzie wyróżniać najbardziej spektakularne kiksy kapituł, m.in. Nagrody Nike, Kościelskich, Silesiusa czy... Gdyni. W ten sposób wybierane będą najgorsze z najlepszych książek w Polsce."

Jednym słowem jest to nagroda przyznawana najgorszym z najlepszych. No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że decyzje jury są wielokrotnie dyskusyjne, nierzadko zagadkowe lub kontrowersyjne. Nie raz sami łapiemy się za głowę słysząc werdykt i mamy ochotę otwarcie zaprotestować. O krok dalej poszli krytyk literacki Grzegorz Czekański oraz poeta Konrad Góra, którzy postanowili wytknąć pomyłki kapituł konkursów i przyznać swoje antynagrody, póki co ograniczając się jedynie do formy poetyckiej.

Zwycięzcą pierwszej edycji został Marcin Baran i jego nagrodzony Silesiusem tomik Niemal całkowita utrata płynności. Wyróżniony za „Najbardziej Nadęty Cytat Roku” został natomiast Jan Polkowski, który w nagrodzonych Orfeuszem Głosach zawarł następujący tekst:
"(...)
Cóż innego mam widzieć, jeśli nie kołyszącą światem
połyskującą falę, rybią łuskę śmierci
krę krwawiącego brzegu. Teraz moim morzem
jest kuchenny stół a z pokładu zmywa mnie jak śmieci
bezbrzeżna noc. Żona śpi, ciebie je ma
nawet w tętnie śniegu. Więc płynę samotnie
ku rozbitym światłom dzieciństwa".
Na tym jednak nie koniec! Do 31 grudnia można głosować na Nagrodę Publiczności (wiadomo, kapitule nie można nigdy ufać). Nominacje prezentują się następująco:

1. Marcin Baran, „Niemal całkowita utrata płynności” (EMG);
2. Justyna Bargielska, „Bach for my baby” (Biuro Literackie);
3. Darek Foks, „Liceum” (Raymond Q);
4. Jerzy Jarniewicz, „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” (Biuro Literackie);
5. Barbara Klicka, „Same same” (Instytut Mikołowski);
6. Andrzej Niewiadomski, „Dzikie lilie” (Wydawnictwo WBPiCAK);
7. Dariusz Suska, „Duchy dni” (Biuro Literackie);
8. Jerzy Kronhold, „Epitafium dla Lucy” (Zeszyty Literackie);
9. Kacper Płusa, „Ze skraju i ze światła” (Wydawnictwo Kwadratura, Łódzki Dom Kultury);
10. Andrzej Sosnowski, „Sylwetki i cienie” (Biuro Literackie);
11.Urszula Kulbacka, „Rdzenni mieszkańcy” (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich / „Arterie”);
12. Tomasz Pietrzak, „Rekordy” (Mamiko);
13. Łukasz Jarosz, „Pełna krew" (Znak);
14. Jerzy Górzański "Festyn" (Nowy świat);
15. Teresa Ferenc, „Widok na życie” (Biblioteka „Toposu”);
16. Kazimierz Brakoniecki, „Chiazma" (Biblioteka „Toposu”);
17. Krystyna Dąbrowska, „Białe krzesła" (WBPiCAK);
18. Krzysztof Karasek, „Dziennik rozbitka” (Instytut Mikołowski);
19. Jan Polkowski,Głosy” (Biblioteka „Toposu”).
20. Bartosz Sadulski, "Post" (WBPiCAK)
21. Ilona Witkowska, "Splendida realta" (WBPiCAK)
22. Tomasz Ososiński, "Pięć bajek" (Zeszyty Poetyckie).

"Dynia" to ciekawy pomysł, który w nieco ironiczny sposób próbuje zwrócić uwagę na enigmatyczne decyzje kapituł, jednak mimo wszystko ja spoglądam na nią nieco z przymrużeniem oka. Chociaż pomysłodawcy zarzekają się, że całość należy traktować jak najbardziej serio, to jednak cała inicjatywa została utrzymana w zdecydowanie żartobliwym tonie. Poza tym, chcąc nie chcąc, panowie sami wcielili się w rolę jury i tym razem to z ich decyzjami mogą nie zgadzać się czytelnicy. Ci mają co prawda możliwość przyznania własnej nagrody, ale znowu – każdy kieruje się nieco innymi pobudkami i czy ich decyzja będzie szczera, czy kierowana jedynie chęcią ‘dokopania’ komuś, kto w minionym roku zyskał uznanie autorytetów i powiększył swój stan konta, pozostanie tajemnicą.

Tak poza tym, to ciekawa jestem co stanie się, gdy Konrad Góra zostanie nominowany do którejś z prestiżowych nagród. Czy wpisze się na listę nominowanych?

Po więcej informacji odsyłam na profil Nagrody na Facebooku.

piątek, 27 grudnia 2013

Miedza


Andrzej Muszyński
Wydawnictwo Czarne, 2013

Miedza – wąski pas niezaoranej ziemi przebiegający pomiędzy* dwoma polami uprawnymi. Raj dla zwierzyny, która uwielbia wić sobie gniazdka na tym dzikim obszarze ‘ziemi niczyjej’, przekleństwo dla rolników, dla których stanowi ona odwieczny przedmiot sporów. Słowo jednoznacznie kojarzące się z czymś swojskim, wiejskim, ale też i nieco przestarzałym. W życiu codziennym stara ‘miedza’ została już dawno wyparta przez bardziej ogólną i mniej jednoznacznie brzmiącą ‘granicę’ i powoli zaczęła dołączać do grona wyrazów, które pewnego dnia ktoś wrzuci do worka archaizmów.

Miedza - Muszyński AndrzejNic dziwnego, że Andrzej Muszyński zdecydował się właśnie tak zatytułować swój najnowszy zbiór opowiadań. Razem ze swojską miedzą w zapomnienie odchodzi swojski charakter wsi. Zaledwie w ciągu ostatnich dziesięciu lat krajobraz polskiej prowincji uległ poważnym zmianom, co oczywiście doskonale zauważył autor, który sam pochodzi ze wsi. Nie mógł umknąć jego uwadze fakt, że zmienił się nie tylko wygląd jego rodzinnej wsi, ale głębokie zmiany dotknęły również i całą społeczność wiejską.

Jaka jest wieś opisana przez Muszyńskiego? Jest to obszar cichy, wymarły, niemal jak ten uchwycony na zdjęciach dzisiejszego Czarnobyla. Najlepiej ten niebyt odzwierciedla opowiadanie „Kundel. Dziennik czwartoligowca”. Ludzie pozamykani w domach, zajęci swoimi sprawami. Boisko puste, bramki przeżarte rdzą, podobnie jak od dawna nie używana ‘scena dla kapel’. Dzieci nadal grają w piłkę, ale od tej kopanej własną nogą wolą tą wirtualną.  Zamiast bawić się pod chmurką czy w sali OSP, młodzi wolą pojechać na duże i głośne ‘protektory’. Coś, co niegdyś tętniło życiem, zaczyna przypominać osiedle podmiejskie – wysokie płoty, pozamykane na cztery spusty bramy, sąsiad nie zna sąsiada. Coś w tym jest, ponieważ część z obecnych mieszkańców wsi ma niewiele wspólnego z autochtonami. To przybysze z miasta, którzy, jak zauważa autor w drugiej części opowiadania „Gemeinschaft”, wolą robić zakupy w Almie, niż zaopatrywać się u mieszkającego nieopodal gospodarza. Małe gospodarstwa upadają, miejscowi wyruszają na zarobek do Anglii zostawiając po sobie opustoszałe domostwa. Niewiele brakuje, a zaczną się na naszej polskiej ziemi pojawiać porzucone przez mieszkańców ‘wioski widma’.  

A jacy są mieszkańcy wsi, ci, którzy zdecydowali się zostać, ponieważ ich wieś zamiast upadać zaczęła się rozwijać? Ciekawy i niemalże modelowy egzemplarz stanowi narrator opowieści o Biołym. Choć wydaje się, że to właśnie historia tytułowego Biołego, legendarnego pustelnika, jest tematem tej opowieści (nawiązując do wymierającej już tradycji opowiadania legend i podań), to jednak szybko okazuje się, że zaprezentowanie legendy jest tylko pretekstem do obserwacji opowiadającego ją mieszkańca, idealnego połączenia tradycji i nowoczesności. Narrator posługuje się gwarą. Przynajmniej od czasu do czasu. Wywołuje zdjęcia i je skanuje. Korzysta z GPS-a, ale w pogotowiu ma również i mapę. Ot takie pomieszanie z poplątaniem mieszkańca pewnej miastowsi – jedną nogą jeszcze w gumiaku, drugą już w eleganckim lakierku.



Oczywiście są też osoby broniące tradycyjnej wsi. Ot chociażby bohater „Ławki” zawzięcie broni tytułowego przedmiotu, który ma lada moment zostać usunięty sprzed jego domu, ponieważ stoi na drodze zalewowi kostki brukowej. Wbrew pozorom ławka nie pojawia się tutaj zupełnie przypadkowo. Jeszcze 15 lat temu jadąc przez wieś, można było natknąć się na stojące przed niemal każdym domem ławeczki a na nich siedzących domowników obserwujących okolicę i czekających na sąsiada, z którym będzie można pogadać (a przy okazji i coś wypić). Czasy się jednak zmieniły i ludzie z ławek przenieśli się na miękkie kanapy i zamiast podglądać mieszkających naprzeciwko sąsiadów, zaczęli śledzić losy fikcyjnych bohaterów kolejnej telenoweli. Ławki znikły, na poboczach pojawił się chodnik, drogę pokrył asfalt po którym suną ogromne tiry. I o ile brak komunikacji przywodzi nam na myśl wielkie miasta, to wbrew powszechnym przekonaniom wieś również zaczyna powoli cierpieć na tego typu przypadłość.

Miedza to fikcja oparta na faktach. Chociaż w pierwotnym zamierzeniu miała być reportażem, to autor zdecydował  się jednak ostatecznie wybrać formę opowiadania. Dzięki temu mógł pokazać swoje możliwości warsztatowe, pobawić się językiem próbując oddać brzmienie miejscowej gwary. W niektórych momentach jego styl wzbija się naprawdę wysoko, pozostawiając za sobą suchość przekazu reportażu. Niech za przykład posłuży tutaj opowiadanie Trawy, trawy, zimne gruszki które zostało docenione na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadań we Wrocławiu w 2012 roku.

Zbiór opowiadań Muszyńskiego to pewnego rodzaju ewenement, po który należy koniecznie sięgnąć. Jako jeden z nielicznych podjął on próbę opisania wsi XXI wieku, coś, czego żaden inny pisarz nie chciał robić. Bo jak opisać tą współczesną prowincję, która jest w fazie przepoczwarzania? Lepiej poczekać, aż rozwinie on skrzydła i zaskoczy swoją nową formą, lub powspominać czasy, kiedy pełzała wśród pięknych okoliczności przyrody. Tymczasem autor próbuje zbadać miastowieś, ten stan ‘pomiędzy’. I całkiem dobrze mu to wyszło.

*ciekawostka etymologiczna - słowo pomiędzy wywodzi się właśnie od słowa miedza

sobota, 21 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 - nagrody



Nieuchronnie zbliża się koniec roku a wraz z nim wszelkiego rodzaju podsumowania i zestawienia. No cóż, ja również się o takie pokuszę. Spójrzmy na rok 2013 przez pryzmat przyznawanych nagród literackich.

Zacznijmy od pewnego paradoksu. Wszystkie książki, które pojawią się w tym tekście, zostały wydane nie w tym, lecz w minionym roku. Tak się składa, że mimo że w nazwie nagrody pojawia się rok 2013, to w zdecydowanej większości przypadków nagradzane są książki napisane w roku 2012. Choć wydaje się to nieco dziwne, fakt ten jest jak najbardziej logiczny. Każde rozdanie nagród poprzedzone jest długim okresem nadsyłania zgłoszeń a następnie wyboru tych najlepszych, które oficjalnie zostaną wpisane na listę ‘nominowanych’. Później z nich należy wybrać tą jedną, najlepszą albo, jak to ma miejsce w przypadku Nike, Angelusa, czy Orfeusza, z nominowanych wybrać laureatów, a następnie dopiero z nich wyłonić zwycięzcę. Zajmuje to nieco czasu, więc niech nikogo już nie dziwi, że nawet w październiku wracamy do książek wydanych przed ponad rokiem.
 

Niekwestionowaną gwiazdą mijającego roku był bez wątpienia Szczepan Twardoch i jego Morfina, książka nominowana praktycznie do wszystkich nagród i plebiscytów związanych z beletrystką. Rok 2013 zaczął się dla niego wyjątkowo pomyślnie, bo od zdobycia Paszportu Polityki. Przypuszczam że to wyróżnienie w połączeniu z intrygującym tekstem na okładce („Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada’) zagwarantowało pisarzowi i jego powieści niekwestionowany sukces. Morfinę polecali znani i lubiani (nawet Muniek Staszczyk) oraz chwalili krytycy (oczywiście nie wszyscy, ale i tak było ich sporo). Czytelnicy, zarówno ci bardziej jak i mniej wymagający, chcieli ją przeczytać. W bibliotekach zdobycie jej graniczyło z cudem, czasami trzeba było na jej wypożyczenie czekać pół roku (jak to miało miejsce w moim przypadku). Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że dobra passa dla Twardocha obecna była jedynie w nominacjach, nie udało mu się bowiem zdobyć żadnej z ważniejszych nagród literackich, na czele z Nike. Tak więc pan Twardoch jest jednocześnie największym wygranym i przegranym mijającego roku.

 

Nike powędrowało za to w ręce Joanny Bator. Ciemno, prawie noc cieszyło się prawdopodobnie równie żywym zainteresowaniem jak Morfina, zwłaszcza, że pani Bator nie jest debiutantką i można powiedzieć, że jej pozycja w polskim świecie literackim jest już dość mocna. Jej dwie poprzednie powieści, Piaskowa góra oraz Chmurdalia znalazły się kolejno w 2010 i 2011 roku wśród nominowanych pozycji właśnie do tej nagrody. No cóż, do trzech razy sztuka.



W Gdyni doceniono za to twórczość Zyty Oryszyn. Ocalenie Atlantydy to powrót po wielu latach przerwy, w 1990 roku pisarka zamilkła i przestała pisać (beletrystykę, ma się rozumieć). Oczywiście takie powroty po latach bywają ryzykowne, w końcu zmieniają się tendencje i coś, co było modne nawet pięć lat temu, dzisiaj okazuje się być szczytem obciachu. Tymczasem najnowsza książka pani Oryszyn zaskoczyła każdego. Nie dość, że autorka idealnie wpasowała się z tematem w aktualnie panujące trendy na polskim rynku wydawniczym, gdzie ostatnio coraz częściej pojawiają się pozycje poruszające temat przesiedleń i powojennych dziejów społeczeństwa polskiego, to jeszcze udało jej się stworzyć dzieło o jakże nowoczesnej, bliżej nieokreślonej formie (opowiadania? powieść?). Osobiście, podobnie jak Twardocha, wpisuje ją zarówno na listę wygranych, jak i przegranych. Chociaż udało jej się zdobyć Nagrodę Literacką Gdynia i Gryfię, to z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie dostała się do grona laureatów Nike. Szkoda, wielka szkoda.



Dużo działo się również w świecie poezji, gdzie triumfy święciła Justyna Bargielska. Chociaż nie udało jej się zdobyć żadnej istotnej nagrody, to jednak jej tomik Bach for my baby pojawiał się często na listach nominowanych. Począwszy od Nike, przez Paszporty Polityki, Gryfie aż po nowoutworzoną Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej. W tym ostatnim przypadku wyprzedziła ją Krystyna Dąbrowska ze swoimi Białymi krzesłami, która została również doceniona przez Fundację im. Kościelskich, oraz Łukasz Jarosz, który za tomik Pełna krew nominowany był również do Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego „Orfeusz”. W tamtym przypadku jury wybrało jednak Jana Polkowskiego i Głosy, tomik, który otrzymał nominację do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, gdzie jury preferowało jednak… I w ten sposób zatoczyliśmy koło. O ile poetów (lub pseudo-poetów) w naszym kraju jest bez liku, to jednak grono tych najlepszych zdaje się być ściśle określone (oczywiście jeśli chodzi o młodych-zdolnych).

Jeśli chodzi o eseistykę, to niestety nw tym roku znalazła się ona nieco na dalszym planie. Dość dużym zainteresowaniem cieszył się Dziennik Jerzego Pilcha. Nominacja do Nike, Gdyni, miejsce wśród laureatów Angelusa oraz spore zainteresowanie czytelników – zapewnie wszystko to sprawiło, że na rynku ukazała się właśnie kontynuacja zapisków i refleksji z życia autora. Czy powtórzy sukces poprzedniej publikacji? Zobaczymy. Na listach nominowanych (Nike, Nagroda im. Kazimierza Moczarskiego, Gdynia) powtarzało się również nazwisko pani Małgorzaty Szpakowskiej, której „Wiadomości Literackie” prawie dla wszystkich zbierały jak najbardziej pozytywne recenzje wśród krytyków.

Mówi się, że nagrody literackie nie są tak naprawdę wyznacznikiem jakości, z czym się oczywiście w pełni zgadzam, zwłaszcza jeśli chodzi listę laureatów tegorocznej edycji Nike. Wiadomo, jury ma swoje własne upodobania, być może darzy pewnych autorów większą sympatią niż innych – w tych kwestiach doprawdy trudno zachować obiektywizm. Jednak nie można takich wyróżnień zupełnie lekceważyć. Już nawet otrzymanie nominacji może spowodować wzrost zainteresowania daną pozycję, a co za tym idzie, również wpłynąć korzystnie na wyniki jej sprzedaży. Czy sięgnęłabym po Ocalenie Atlantydy, gdyby nie nominacja pani Oryszyn do Nagrody Literackiej Nike? Szczerze w to wątpię. W dodatku zbawienny wpływ takiego wyróżnienia swoim działaniem obejmuje również kolejne pozycje danego autora. Ile osób sięgnęło po Wieczny Grunwald Twardocha przed wydaniem Morfiny a ile zdecydowało się przeczytać wydaną we wrześniu jego reedycję? No właśnie.

Tymczasem ja sięgam po zachwalaną Morfinę. Czas się przekonać, czy faktycznie jest tak genialna, jak o niej zwykło się mówić.
 

źródła zdjęć: 1 2 3 4 5

środa, 18 grudnia 2013

Inferno

Dan Brown
Sonia Draga, 2013

Robert Langdon. Historyk, profesor na Harvardzie specjalizujący się w dziedzinie ikonografii. Wyśmienity pływak, cierpi z powodu klaustrofobii. Musi mieć w sobie również ten magiczny pierwiastek, który do niego przyciąga piękne i raczej młodsze kobiety. Znaki szczególne – tweedowa marynarka, zegarek z Myszką Miki oraz dar do wplątywania się w misje ratowania świata.

Tym razem nie jest inaczej. Nasz bohater po raz kolejny wyrusza do Europy, by ocalić świat przed zagładą. Pech chciał, że znalazł się on w wyjątkowo mało komfortowej sytuacji – sala szpitalna w bliżej nieokreślonym miejscu i dziwna utrata pamięci, uniemożliwiająca mu przypomnienie sobie wydarzeń ostatnich dni. Całe szczęście jeden rzut oka za okno wystarczył, by profesor zorientował się, że znalazł się we Florencji. Szybko odkrywa również, że nie pojawił się tutaj w celu turystycznym, ponieważ na oddziale zjawia się osoba, która chce dokończyć to, czego się jej wcześniej nie udało dokonać i pozbawić Langdona życia. Całe szczęście na miejscu jest życzliwa pani doktor, która pomaga mu w ucieczce. Jak się możemy domyślić, to dopiero początek całej przygody.

Tak rozpoczyna się właśnie kolejna, czwarta już książka z serii przygód profesora Roberta Langdona. Nie jest chyba tajemnicą, że tym razem losy głównego bohatera splotą się z życiem i twórczością pewnego włoskiego poety, Dantego Alighieri. Dużą rolę w tekście odkrywa jego najbardziej znane dzieło, Boska komedia, w którym to autor przemierza kolejne kręgi piekielne, czyściec oraz raj. To właśnie między jej wierszami ukryte są wskazówki, mające doprowadzić naszego bohatera do odkrycia tajemnicy pewnego osobnika snującego plany o zagładzie ludności. Oczywiście by temu zapobiec przyda się również znajomość wielu innych dzieł sztuki (ot chociażby Mapy piekła Botticellego), niuansów topograficznych kilku miast oraz odrobiny faktów historycznych. Mam nadzieję, że nie popsuję nikomu przyjemności z czytania pisząc, że ponieważ nasz bohater posiada wszystkie te niezbędne wiadomości, to cała historia zakończy się w miarę pozytywnie. Bo przecież nie ma innego wyjścia, prawda?



No właśnie, historia musi kończyć się happy endem (chociaż nieco odbiegającym od standardowego ‘i żyli długo i szczęśliwie’), bo tak kończą się wszystkie książki pana Browna. Jak już kiedyś wspomniałam, powieści jego autorstwa cechuje pewna schematyczność i niestety Inferno zbytnio się z tego trendu nie wyłamuje. O ile w przypadku wcześniejszych pozycji aż tak bardzo to nie raziło, to jednak struktura jego najnowszej książki stała się przez to niestety przewidywalna. Wiadomo, że w pewnym momencie nastąpi zwrot akcji i nasi wrogowie staną się przyjaciółmi a przyjaciele wrogami. Wiadomo, że towarzysząca nam partnerka nie jest osobą zupełnie postronną i jest mocno zaangażowana w sprawę. Jeśli chodzi o samą treść, to ta historia na przemian wydawała mi się a to zbyt mało rozwinięta, a to zbyt mocno naciągnięta. Nie zmienia to oczywiście faktu, że całość czyta się przyjemnie a fabuła w pewien sposób wciąga. Ot taki paradoks.

Inferno to książka spełniająca dwie funkcje – dostarcza czytelnikowi przyjemności z lektury a przy tym wzbogaca jego wiedzę o kilka szczegółów dotyczących historii sztuki. Musimy się pogodzić z faktem, że Dan Brown czuje się bezpiecznie w pewnym schemacie i nic nie zapowiada, by miał z niego zrezygnować. Szkoda, ponieważ tematy o których pisze są ciekawe i stanowią podstawę na naprawdę bardzo dobre książki, jednak przewidywalność fabuły i pewne uchybienia w stylu niestety plasują jego powieści pomiędzy zwykłymi czytadłami. Chociaż z drugiej strony nie przeszkadza mu to w podbijaniu list bestsellerów, co oczywiście udało mu się również i w tym miesiącu w Polsce. Tylko dlaczego dopiero dwa miesiące po premierze?

niedziela, 15 grudnia 2013

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Zofia Stryjeńska Wiejska zagroda

Wsi spokojna, wsi wesoła!
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?
Tak polską wieś sławił słynny Jan Kochanowski. Ten przedstawiciel doby renesansu bywał na dworach znanych i bogatych, zwiedził wiele tętniących życiem miast, a mimo to upodobał sobie właśnie proste tereny wiejskie. Kupił wieś Chechły a sam sprowadził się do Czarnolasu. Jak pamiętamy z lekcji języka polskiego, podziwiał tutaj słynną lipę, a uroki życia wiejskiego chwalił w cytowanej powyżej Pieśni świętojańskiej o Sobótce. Pomimo osobistej tragedii, żyło mu się tam dostatnio.


Henryk Siemiradzki Sielanka

Oczywiście Kochanowski nie był jedynym pisarzem, który poczuł fascynację prowincją. Tereny wiejskie od zawsze interesowały twórców, począwszy od pierwszych prób literackich. Trend ten rozpoczęli już nasi starożytni przodkowie, na czele z greckim poetą Teokrytem, który jest przez wielu uważany za ojca sielanki, gatunku który w nieco wyidealizowany sposób prezentuje uroki życia na wsi. Oczywiście w Rzymie doczekaliśmy się jego odpowiednika (co biorąc pod uwagę zamiłowanie Rzymian do ‘czerpania inspiracji’ z podbitych terenów, nie powinno nikogo dziwić) w postaci Wergiliusza, który wzorował swoje idylliczne Bukoliki właśnie na twórczości swojego poprzednika, odpowiednio dostosowując tekst do realiów jego własnej ojczyzny.

W Polsce boom na sielanki nastał wraz z nadejściem renesansu, który chętnie sięgał do tradycji antycznych. I tak zarówno Rej jak i wspominany już Kochanowski, chociaż obaj bywali w wielu wspaniałych miejscach, w swoich utworach często wracali właśnie na prowincję, do obszaru, który zdawał się być starożytną arkadią, mityczną krainą urodzaju i szczęścia. Rozległe tereny zielone miały niewątpliwą przewagę nad ciasnymi uliczkami renesansowych miasteczek. Oczywiście musimy pamiętać, że to co było krainą szczęścia dla warstwy znajdującej się na nieco wyższym szczeblu drabiny społecznej, dla tych stanowiących jej podstawę było smutną rzeczywistością. W czasie kiedy Kochanowski siedział pod lipą i zbijał bąki, cały zastęp chłopów uwijał się w pocie czoła za półdarmo, by Janek miał co do ust włożyć. Cóż, rzeczywistość bywa okrutna.


Franciszek Kostrzewski Grzybobranie

Podobnie było przez następne kilka epok w dziejach kultury i literatury polskiej. Wieś widziana była oczami pisarzy, którzy gościli w dworkach, pałacykach, majątkach, kontemplowali piękno otaczającej ich przyrody, jednie czasami wspominając coś o ciężko pracujących chłopach. Dla nich wieś była edenem, miejscem odpoczynku od zgiełku miasta. Gdyby ówcześni chłopi potrafili pisać, ich wersja życia na prowincji znacznie odbiegałaby od relacji tych bogatszych osób. Dla nich piękne okoliczności przyrody nie były niczym niezwykłym, nie zachwycali się nimi, ponieważ pola, lasy, rzeki były dla nich codziennością. Co więcej, warto zauważyć, że większość chłopów nie znała innej rzeczywistości (no, może najwyżej z zasłyszanych opowiadań), ponieważ nie mieli potrzeby ani tym bardziej możliwości opuszczenia rodzinnej wioski.

Z nastaniem XIX wieku(a zawłaszcza jego drugiej połowy) wszystko zaczęło się stopniowo zmieniać. Nastąpił ogromny postęp techniczny a wraz z nim w życiu ludzi pojawiło się wiele udogodnień. Gwałtowny rozwój miast sprawił, że tereny wiejskie przestały być już tak atrakcyjne, jak kilkanaście lat wcześniej. Motyw arkadii odszedł powoli w zapomnienie, teraz źródłem fascynacji było miasto, w którym życie stało się znacznie łatwiejsze. W przewodach popłynął prąd, zabłysły pierwsze żarówki, po ulicach zaczęły kursować pierwsze tramwaje. Jak grzyby po deszczu wyrosły teatry, kawiarnie oraz inne miejsca spotkań. Kto chciałby porzucać tak wygodne życie na rzecz pogrążonej w ciemności wsi?


Alfred Wierusz-Kowalski Niedzielny poranek

Oczywiście literatura nie odpuściła tak łatwo i pisarze często wysyłali swoich bohaterów na wycieczkę w tereny wiejskie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, prawdopodobnie ze względu na bliskość natury, takie wypady często kończyły się wyznaniami miłości. Z drugiej jednak strony zaczęto zwracać uwagę na rdzennych mieszkańców prowincji, na warunki w których żyją. Przedstawiciele pozytywizmu wiedzeni hasłem pracy u podstaw chcieli krzewić edukację wśród przedstawicieli najniższych warstw społeczeństwa. O krok dalej poszedł Reymont, który akcję całej swojej powieści osadził na wsi, ale zamiast opisywać życie szlachty, postanowił sportretować tą prawdziwą społeczność wiejską. Bohaterowie Chłopów mieszkają w lichych, drewnianych chatach, są słabo (lub wcale) wyedukowani, zajmują się pracą na roli i rozmnażaniem. Na pierwszy rzut oka mieszkańcy Lipiec są prości, niemalże prymitywni, jednak głębsza lektura powieści pokazuje od dawna znaną prawdę, że pozory mogą mylić.



Kolejny, XX wiek, to już całkowity triumf miasta. Dwie wojny światowe położyły kres beztroskiego życia arystokracji. Dworki w których mieszkali zostały albo zniszczone albo zaadaptowane do nowych celów (mieszkania komunalne, PGR-y, magazyny). Wieś dla większości przestała kojarzyć się utopią, była raczej miejscem nieco zacofanym, gdzie można wysłać dzieci na wakacje lub samemu chwilę odpocząć, ale mieszkać już niekoniecznie. Praca na roli jest trudna i mało nobilitująca, za to miasto otwiera znacznie większe możliwości. Lepsza praca, lepsze szkoły, lepsze warunki życia. Przynajmniej jest elektryczność i telefon.

Ten tok myślenia przestał być adekwatny pod koniec XX wieku. Wieś zaczęła doganiać miasto i wiele różnic zaczęło się zacierać. Elektryczność zawitała praktycznie do każdego zakątka naszego kraju, ostatnie jednostki podłączały się do sieci telefonicznej. W większości domów zagościł samochód i telewizor, z czasem pojawiły się pierwsze komputery i internet (chociaż na ten szerokopasmowy trzeba było jednak trochę poczekać). Dzięki samochodom odległość przestała odgrywać tak istotną rolę i coraz więcej ludzi opuszczało ciasne kamieniczki czy wątpliwej jakości wielką płytę na rzecz własnego domku na prowincji, nie rezygnując przy tym z dotychczasowego źródła utrzymania.
No cóż, do tej grupy zaliczam się również i ja.

Po wejściu do Unii i otworzeniu worka z dotacjami, wieś zaczęła tracić swój pierwotny charakter. Ci chłopi, którzy u Reymonta żyli skromnie (dziś powiedzielibyśmy ‘w skrajnym ubóstwie’), ewoluowali do roli przedsiębiorcy. We wsi ciężko znaleźć drewnianą chałupę, dziurawe drogi zostały wylane asfaltem (nie oszukujmy się - również dziurawym). Po polach suną wielkie maszyny, po drogach tiry. Krowy pasą się same a obory są niemalże sterylnie czyste. Zamiast siedzieć na ławeczkach przy drodze, ludzie siedzą na kanapach przed telewizorem. Ta niegdyś dobrze funkcjonująca społeczność zaczęła się rozpadać, fragmentować.

A co na to pisarze? Bo przecież motyw wsi wciąż powraca do literatury niczym bumerang. No cóż, wieś którą mamy możliwość najczęściej obserwować na kartach współczesnej powieści ma dwa oblicza, zależnie od gatunku. W literaturze kobiecej jest to ta wciąż wyidealizowana arkadia, w której można się zaszyć się uciekając od zgiełku miasta (teoretycznie - polecam pobyt na wsi w trakcie żniw). Z drugiej strony pojawia się trend wspominkowy. Mamy przecież Myśliwskiego, który najchętniej powraca do wsi powojennej, na której wciąż żyło się zgodnie z porami roku. Była też wieś u Orłosia, która zamiast wiać grozą powojennych porachunków, wprowadzała czytelnika w iście sielską atmosferę. Nawet w poezji Jarosza jego wieś sprawia wrażenie, jakby zupełnie zatrzymał się w niej czas. Jak na złość nikomu nie chce się pisać o polskiej prowincji, która weszła do UE.



Dlaczego o tym wszystkim piszę? Właśnie trzymam w ręce Miedzę AndrzejaMuszyńskiego i wiążę z nią duże nadzieje. Mam nadzieję, że w zbiorze opowiadań tego zaledwie pięć lat starszego ode mnie pisarza, znajdę obraz wsi współczesnej.
Bo mam dość wsi, której wystaje słoma z butów. Taka wieś już nie istnieje.

*powyższy tekst przedstawia motyw wsi w literaturze oczywiście w sposób znacznie uproszczony*

źródła obrazów: 1 2 3 4 5

czwartek, 12 grudnia 2013

Kartki na wodzie


Leszek Aleksander Moczulski
Biblioteka "Toposu", 2013

Kartki na wodzie - Leszek Aleksander MoczulskiCzas zmierzyć się z legendą. Jak to powiedział Bronisław Maj w trakcie tegorocznego benefisu autora, „Leszek [Moczulski] jest jednym z niewielu poetów tak intensywnie, tak mocno, tak wspaniale obecnych w naszym życiu, w naszej współczesności”. Każdy z nas zna jego twórczość, nie tą stricte poetycką, ale tą przyodzianą w warstwę muzyczną, słyszaną w radio, nuconą pod nosem. I chociaż pan Leszek swoim dorobkiem mógłby obdzielić sporą grupę początkujących poetów, to jednak nie spoczywa na laurach i cały czas tworzy. Właśnie nakładem Biblioteki „Toposu” ukazał się jego najnowszy tomik.

Kartki na wodzie to 41 głęboko refleksyjnych wierszy, w dużej mierze oscylujących wokół tematu przemijania. Nie uważam za stosowne wypominanie autorowi wieku (w końcu liczy się stan ducha a nie metryka), jednak w tym przypadku fakt ten odgrywa dość istotną rolę. Przychodzi bowiem taki moment w życiu, kiedy człowiek zaczyna robić rachunek sumienia, pewnego rodzaju podsumowanie. Wraca myślami do lat dzieciństwa, częściej myśli o Bogu i o tym, co będzie później, dalej. Wygląda na to, że autor, który w tym roku obchodził 75 urodziny, właśnie znalazł się w tym punkcie i swoje rozmyślania na owe tematy postanowił zawrzeć w formie tomiku.

[…]Nadzieja nie spodziewa się wiele,
ale tam, gdzie jest miłość – tam kocha.
A wiara nie wiadomo skąd jest, a nie ustaje i wierzy.
(„Przyczynek do codzienności”)
Wystarczy przeczytać kilka dowolnych wierszy z Kartek na wodzie, by zauważyć, że najczęściej powracającym tematem jest kwestia wiary i Boga. W przeciwieństwie do wielu poetów, którzy w pewnym momencie zaczynając tworzyć teksty odzwierciedlające ich poszukiwania jakiejś siły sprawczej i domagających się jej ujawnienia, autor jawi się jako osoba, która Boga znalazła już dawno. Jest mu wdzięczny za wszystkie działania i w pewien sposób stara się pogodzić również z tym, że „ ta ręka niewidoczna / która kwiat rozchyla” pewnego dnia „zamknie nam powieki” („Ta ręka niewidoczna”). Nie sprzeciwia się temu nieuchronnie zbliżającemu się wydarzeniu, nie stawia pytań ‘po co?’ i ‘dlaczego?’. On podchodzi do tego spokojnie, bo wierzy, że dzięki Panu rzeczy straszne nie są straszne („Przez Ciebie”). Oczywiście nie umyka jego uwadze fakt, że z wiarą we współczesnym społeczeństwie jest raczej krucho i nawet ci, którzy mówią o sobie ‘wierzący’ nieco zboczyli z wyznaczonej im ścieżki, czego wyraz daje w wierszu „Piosenka na koniec świata. My poganie chrześcijanie”. Dwa utwory poświęcone zostały również kwestii ego, życia na własną rękę, braku poszanowania dla innych. Jak to puentuje autor:
„Na własną rękę Piotra quo vadis,
a solidarność nasze katharsis.
(„Ego (2)”)

Oczywiście nie wszystkie wiersze koncentrują wokół Boga. W utworze „Ach,”, autor powraca do rodzinnych okolic, do Sobolewa, Suwalszczyzny, którą porzucił na rzecz Krakowa. Jako miejsce, w którym spędził dzieciństwo, obszar ten jawi mu się niczym arkadia, raj na ziemi, kraina wiecznego szczęścia. Co ważne, w wielu utworach pojawiają się opisy przyrody, korespondujące nie z zasnutym smogiem Krakowem, ale właśnie z zielonymi łąkami i jeziorami okolic Suwałk.  Najlepszym przykładem jest refleksyjna „Ballada o śródleśnym jeziorze”, w której autor tak piękne okoliczności przyrody łączy z motywem śmierci. Natomiast w wierszu „Tablica kamienna” pojawia się refleksja na temat tego, co po nas zostanie dla przyszłych pokoleń i jaką funkcję będziemy pełnić w ich życiu. W zbiorze znalazło się również miejsce na tekst poświęcony zmarłej w ubiegłym roku Wisławie Szymborskiej („Piosenka na koniec świata. Wołamy”), w którym zamiast wychwalać poetkę pod niebiosa, autor przytacza również opinię tych, którym twórczość noblistki przeszkadzała. Wspomina również Jerzego Lieberta, przedwcześnie zmarłego poetę międzywojnia, który w swojej twórczości poświęcił dużo miejsca refleksji religijnej, śmierci i przemijaniu. Element idealnie uzupełniający całość tomiku.

Na szczególną uwagę zasługują również dwa pierwsze wiersze zamieszczone w tomiku. Otwierające całość „Fragmenty zwrócone pamięci” zdecydowanie wyróżnią się na tle wszystkich innych utworów. O ile bowiem większość tekstów Moczulski zdecydował się ubrać w rymy i inne ozdobniki, tak tego uczynił nie tylko wierszem białym, ale również i wolnym. Zabieg ten, charakterystyczny dla poezji najnowszej, szokuje tym bardziej, że następujący po nim utwór nie dość że jest pełen rymów, to jeszcze został oparty na biblijnym Hymnie do miłości. Swoją drogą wciąż zastanawiam się, czy jego tytuł „Dziesięć odcieni miłości” jest dziełem przypadku, czy też może przytykiem do Pięćdziesięciu twarzy Greya (ang. Fifty shades of Grey, shade – odcień). Bez względu na to, czy nawiązanie to było zamierzone, czy to tylko zbieżność, ciekawie jest przeczytać ten dość obszerny wiersz opiewający miłość w ujęciu bardziej metafizycznym i porównać ją z fizycznością zaprezentowaną przez E. L. James. Wnioski nasuwają się same.

Kartki na wodzie to zbiór dość trudny w odbiorze, zwłaszcza dla młodego czytelnika lubującego się w retoryce poezji stricte współczesnej. Osobnik ów nie zawraca sobie przeważnie głowy refleksją na temat przemijania i odchodzenia, nieco naiwne i przepełnione niemodnym patosem mogą mu się wydać odniesienie do wiary, odwykł też od poezji pełniej rymów, stylem niejednokrotnie nawiązującej do tego znanego z Biblii. Mimo to jednak warto spróbować przełamać się i sięgnąć po ten tomik. Przeczytać co najmniej dwa razy, wgryźć się w tekst i docenić kunszt autora. Bo choć wiersze te traktują o tematach poważnych i niewygodnych, to pan Moczulski dołożył wszelkich starań, by ubrać je w jak najpiękniejsze słowa. Coś, co w poezji młodych twórców, przeważnie zdominowanej przez minimalizm, zanika niemal zupełnie.

Na zakończenie wiersz, który z racji mojej profesji szczególnie zapadł mi w pamięć:

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Dan Brown i jego popularność




Dan Brown. Chyba nie ma czytelnika, który by nie znał owego pana. Jego kolejne książki rozchodzą się jak świeże bułeczki po obu stronach Atlantyku, niemal natychmiastowo zajmując czołowe pozycje na listach bestsellerów. Czytają go wszyscy, bez względu na wiek i płeć. Tym czasem krytycy kręcą nosami i bezradnie rozkładają ręce – w końcu Brown to pisarz wyjątkowo niskich lotów, jego styl jest niedbały a fabuła wprost roi się od klisz i ‘oczywistych oczywistości’. Skąd więc ta popularność?

Skandal moi drodzy, skandal! Nic tak nie dodaje popularności jak kontrowersja. Wiedzą o tym wszystkie celebrytki, które  zakładają stroje ‘przypadkowo’ odsłaniające intymne części ich ciał. Wiedziała o tym E.L. James pisząc pierwszy aż tak poczytny romans erotyczny. Wiedział również o tym bohater niniejszego tekstu. Z czym kojarzymy nazwisko tego amerykańskiego pisarza? Oczywiście, Kod Leonarda da Vinci! Warto jednak zaznaczyć, że nie była to jego pierwsza powieść. Poprzedzały ją Cyfrowa twierdza, Anioły i demony oraz Zwodniczy punkt – wszystkie z nich odniosły ‘umiarkowany sukces’ i tak naprawdę żadnej z nich nie udało się w znaczący sposób zaistnieć w świecie literatury.




Dopiero za sprawą Kodu Leonarda da Vinci Dan Brown osiągnął międzynarodowy sukces. I nie chodzi tutaj wcale o to, że być może z czasem poprawił się jego warsztat. A gdzie tam, w tej kwestii praktycznie się nic nie zmieniło. Autor odważył się natomiast poruszyć temat tabu, postanowił zaprezentować teorię mówiącą o tym, że Jezusa Chrystusa i Marię Magdalenę łączyła więź znacznie bardziej zażyła, niż ta, o której mówi Kościół. Jak można się spodziewać, zaraz po wydaniu książki rozpętała się burza. Księża krzyczeli z ambony, że ta książka to zło (tak samo jak Harry Potter), a ludzie zaraz po mszy biegli do księgarni i kupowali jej egzemplarze. Zapanował istny szał, telewizje prześcigały się w emitowaniu filmów dokumentalnych traktujących o Ewangelii Judasza i innych apokryfach. A Dan Brown wreszcie odetchnął z ulgą. Udało się!

Kod Leonarda da Vinci oczywiście wpłynął pozytywnie na sprzedaż jego poprzednich książek, zwłaszcza Aniołów i demonów (ten sam główny bohater, podobny schemat). W 2009 roku ukazała się kontynuacja serii zatytułowana Zagubiony symbol a kilka miesięcy temu w księgarniach zagościło Inferno. Wszystkie sprzedają się dobrze, chociaż nie wywołują już takiej sensacji. Jak widać wystarczy jedno mocne uderzenie, by zagwarantować sobie długotrwałą popularność. Tylko jak długo może ona jeszcze potrwać?

Jeśli posłuchamy opinii krytyków, możemy dojąć do wniosku, że pan Brown może wkrótce spotkać się z nie lada problemem.  Jego książki wchodzące w skład serii o przygodach profesora Roberta Langdona są bowiem do bólu schematyczne i przewidywalne. Fabuła zawsze opiera się na tym samym wzorze. Bohaterowi zostaje powierzona misja ratowania świata przed nieuchronną zagładą. Żeby tego dokonać musi on rozwiązać zagadkę, do której klucz ukryty jest wśród powszechnie znanych dzieł sztuki zgromadzonych w znanych i często odwiedzanych miejscach. Towarzyszy mu piękna kobieta, zawsze znajdą się też osoby chcące uniemożliwić mu wykonanie owej misji. Kilka gwałtownych zwrotów akcji, przyjaciele okazują się wrogami a wrogowie zamieniają się w przyjaciół. Bohaterowi może również potknąć się noga - Langdon jest w końcu tylko człowiekiem i towarzyszą mu różnego rodzaju ludzkie słabości (na czele z klaustrofobią).  Mimo to wszystko kończy się oczywiście w miarę szczęśliwie.

Brown zdaniem krytyków nie wykazuje się również wyjątkowym warsztatem, jego styl często kuleje a zdania są skonstruowane nieco niedbale. Pojawiają się również niedociągnięcia w warstwie merytorycznej, o co w przypadku przytaczania tak wielu dzieł sztuki, architektury czy faktów historycznych, nie jest trudno.

A co mówią czytelnicy? Czytelnicy raczej nie narzekają. Bo książki Browna są ciekawe, nie można się od nich oderwać, czyta się je szybko. To całkiem zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę krótkie rozdziały i szybkie tempo narracji. Jego książki koncentrują się na dialogach i akcji, zawierając tylko niezbędne opisy miejsc i dzieł sztuki. Brak tutaj wzniosłych słów, czy głębokich przemyśleń. Pomimo znacznej objętości, przy odrobinie determinacji, książkę można przeczytać w jeden wieczór. Lektura łatwa i przyjemna a przy okazji można się z niej czegoś ciekawego dowiedzieć (nawet jeśli pojawiają się tam nieścisłości – przeciętny czytelnik nie zwróci na to najmniejszej uwagi).

Znając życie Dan Brown napisze kolejną książkę z tej serii. Chociaż krytycy nie pozostawiają na nim suchej nitki, to jednak czytelnicy są zadowoleni. Warto jednak zauważyć, że po premierze Inferno nawet wśród jego fanów zaczęły pojawiać się negatywne głosy – że jednak za dużo tego schematyzmu, że to robi się już nudne. Czy autor wyciągnie z tego jakieś wnioski? Zobaczymy.

Póki co ja zabieram się za lekturę jego najnowszej powieści. Zobaczymy, czy jest tak kiepska, jak o niej niektórzy mówią.

piątek, 6 grudnia 2013

Gdy poezja spotyka muzykę



Do ostatniego numeru Toposu został dołączony tomik Kartki na wodzie autorstwa Leszka Aleksandra Moczulskiego. Gdy tylko zobaczyłam nazwisko autora nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już je słyszałam. Próbowałam sobie przypomnieć, czy czytałam już kiedyś jego wiersze, jednak nazwisko to zupełnie nie kojarzyło mi się z literaturą, lecz z muzyką. No cóż, być może to zwykła zbieżność nazwisk.

Okazało się jednak, że miałam rację. Otóż pan Moczulski jest twórcą tekstów wielu piosenek i to nie tylko tych, które dzisiaj określa się krzywdzącym mianem poezji śpiewanej. Utwory opatrzone taką 'łatką' często postrzega się, zresztą całkiem bezpodstawnie, jako coś trudnego w odbiorze, przeznaczonego dla wyjątkowo wymagającego odbiorcy. O ile tych szanse na usłyszenie takiej muzyki we współczesnym komercyjnym radio są niewielkie (tam preferowane są słowa proste i kiczowate), w latach 60. i 70. piosenki pana Moczulskiego nie miały najmniejszego problemu z zaistnieniem w świadomości przeciętnego Polaka.

Chyba nie ma osoby, która nie znałaby tego utworu:



Ten również powinien brzmieć znajomo:



Okazuje się, że pan Leszek stoi za dużą liczbą piosenek z repertuaru Skaldów, zarówno tych z początków ich kariery (również tych inspirowanych folklorem góralskim), jak i tych nieco późniejszych i mniej znanych. Nie jest to oczywiście jedyna grupa muzyczna, z którą współpracował, swoimi tekstami obdarzył również m.in.:

Marka Grechutę,





Chociaż może trudno w to uwierzyć, ta piosenka wywalczyła pierwsze miejsce na IX KFPP w Opolu. Dzisiaj byłoby to raczej niewykonalne.

Andrzeja Zauchę z zespołem Anawa,



Dżamble (również z Andrzejem Zauchą)



oraz całkiem niedawno Grzegorza Turnaua.

Sprawne oko zauważy, że autor tekstu pojawia się w teledysku.

Oczywiście Leszek Moczulski ma na swoim koncie również wiele tomików poezji, jednak to właśnie za sprawą tekstów piosenek udało mu się dotrzeć do większości mieszkańców Polski. To tylko potwierdza smutną regułę, że niestety poezja, podobnie jak każda inna forma literacka, zawsze będzie przegrywać z innymi dziedzinami sztuki, zwłaszcza z muzyką.

Czas jednak odstawić twórczość Moczulskiego-tekściarza na bok i sprawdzić, o czym pisze Moczulski-poeta w swoim najnowszym tomiku. Recenzja wkrótce.

środa, 4 grudnia 2013

W stronę architektury


Le Corbusier
Centrum Architektury, 2012

Modernizm jest zły - takie twierdzenie miałam wpajane przez ostatni rok. Ostatnie tchnienie wielkich narracji, ostatnia próba przemycenia wielkich myśli i idealistycznych, utopijnych koncepcji. Styl w architekturze, który dał nam bryły obdarte z wszelkich dekoracji, identyczne segmenty. I wreszcie ta niebezpieczna wisienka na szczycie tortu – inżynieria społeczna i flirt z totalitaryzmem. Całe szczęście ludzie się zbuntowali, zdemolowali wielkie osiedla i rozpoczęli cudowną erę postmodernizmu, w której wreszcie mogli budować co chcą i jak chcą.

W stronę architektury - Le CorbusierNa kilka dni przed obroną przeczytałam Uczyć się od Las Vegas, tekst, w którym Robert Venturi ostro krytykował idee modernizmu polemizując z jego czołowym przedstawicielem, szwajcarskim architektem Le Corbusierem. Uwierzyłam mu, jednak w mojej głowie zaczęły pojawiać się też pewne wątpliwości. Patrząc na stan dzisiejszej architektury zaczęłam się zastanawiać, czy postmodernizm ze swoją anarchistyczną ideologią jest na pewno dobrym pomysłem. Czy ten stonowany i zachowawczy modernizm był naprawdę aż taki zły?

Całe szczęście, dzięki staraniom Centrum Architektury, rok temu na polskim rynku pojawiło się przetłumaczone dzieło tego (nie)sławnego Le Corbusiera. Wydany w 1923 roku tom W stronę architektury to zbiór refleksji wciąż młodego,  choć już docenionego architekta, który postanawia podzielić się z szerszym gronem odbiorców swoimi obserwacjami dotyczącymi współczesnej mu architektury.

Przenieśmy się więc do roku 1923. Jakie budowle Corbusier widział na ulicach europejskich miast? No cóż, w dalszym ciągu prym wiódł eklektyzm cytujący wszystkie dostępne style poprzednich lat (najczęściej chyba gotyk z jego pięknymi, strzelistymi wieżyczkami) oraz secesja, pokrywająca kamieniczki bogactwem zdobień. Jak każdy przedstawiciel młodego pokolenia, nasz bohater musiał oczywiście przeciwstawić się starszej, wielbiącej ornament generacji. W ramach odsieczy zaproponował nowe rozwiązania, z których część zawarł właśnie w swojej książce. Otwiera ją dość odważne stwierdzenie:

Estetyka inżynierska i Architektura – dwa nierozłączne zjawiska: jedno w pełnym rozkwicie, drugie w straszliwym regresie.

O ile architektura dreptała w miejscu, ta inna, nieco konkurencyjna dziedzina, zrobiła milowy krok naprzód. Inżynierowie, w przeciwieństwie do architektów, zajmowali się projektowaniem konstrukcji typowo użytkowych (no dobrze, pomińmy Wieżę Eiffla), wykonanych z najnowszych materiałów (stal oraz ulubiony beton), prostych i funkcjonalnych. To właśnie ich Corbusier wskazywał jako źródło inspiracji, całkowite zaprzeczenie przaśnego i jarmarcznego stylu dominującego do tej pory w architekturze. Fascynowały go silosy, parowce, samoloty i samochody i to właśnie one miały wytyczyć nowe, minimalistyczne i do granic możliwości funkcjonalne trendy w architekturze. Nie znaczy to jednak, że całkowicie odciął się on od bogatej historii architektury. Wręcz przeciwnie, nasz bohater podziwia również harmonię i prostotę budowli antycznych, pochodzących ze starożytnej Grecji oraz Rzymu.


Relikty starożytności i samochody - funkcjonalność, harmonia i piękno.

Twierdzenie to jest jedynie punktem wyjścia do licznych koncepcji autora. Nieco dalej pada jego słynne twierdzenie, że „dom to maszyna do mieszkania”, która powinna być w pełni funkcjonalna (ściany przesuwne! płaskie dachy!) i pozbawiona wszelkich niepotrzebnych elementów (precz ze zbierającymi kurz bibelotami!). W innym miejscu zaczyna robić się już nieco niebezpiecznie, autor proponuje tą niesławną ideę produkcji domów seryjnych, która miała wyeliminować indywidualizm, kilka lat później brawurowo odzyskany przez postmodernistów. Wreszcie zaskakuje zadziwiającym pomysłem budowy ‘miast wieżowców’ i innymi urbanistycznymi rozwiązaniami, które wówczas nie miały szans na zaistnienie w kształcie zaproponowanym przez autora (miasto wsparte na słupach - nawet teraz brzmi to futurystycznie) . Jednak wbrew temu, co mu się powszechnie zarzuca, W stronę architektury nie zdradza żadnych oznak szaleństwa, czy woli tworzenia totalitarnych systemów. Corbusier jawi się tutaj raczej jako osoba zachłyśnięta nowoczesnymi rozwiązaniami, które na zawsze mają zmienić architekturę. Uważnie wczytując się w jego argumenty, niestety trzeba oddać mu sporo racji (nawet w przypadku obdzierających nas z indywidualizmu domów seryjnych). Warto również zaznaczyć, że nie był w tym osamotniony, towarzyszyli mu inni znani i doceniani architekci (chociażby Mies van der Rohe czy Walter Gropius), którzy wyznawali podobne zasady.


Betonowe osiedle

No dobrze, ale po co nam ta książka w XXI wieku, 89 lat po jej oficjalnej premierze? No cóż, historia lubi się powtarzać i wygląda na to, że zatacza właśnie koło. Czy nie odczuwamy podobnej irytacji otaczającą nas przestrzenią do tej, która spędzała sen z oczu Corbusiera? Jeśli weźmiemy pod uwagę nadciągający zmierzch ery postmodernizmu, W stronę architektury ukazało się w momencie wprost idealnym. Co prawda zmieniły się modele samochodów i już nikt nie zachwyca się parowcami (śmiem przypuszczać, że elewatory zbożowe również wyszły z mody, chociaż nigdy nic nie wiadomo), jednak wydaje mi się, że odpowiednio odświeżone idee Corbusiera mogą zostać ponownie zastosowane w budownictwie. Przynajmniej niektóre z nich.

Chociaż W stronę architektury powstało z myślą o architektach (konkretnie o „Panach architektach” – feministki, do boju!), to jednak polecam tę publikację wszystkim. Z jednej strony możemy na chwilę cofnąć się do tych wspaniałych lat dwudziestych, z drugiej możemy wyczytać również wiele prawdy dotyczącej czasów nam współczesnych. Warto jest również zweryfikować idee, które głosili przedstawiciele modernizmu, zamiast bezgranicznie wierzyć piewcom postmodernizmu. Prawda jest taka, że każdy z nich ma rację i każdy z nich się myli. Ale to już zupełnie inna kwestia.

Na koniec słowo o polskim wydaniu książki: jej forma idealnie koresponduje z oryginalną publikacją. Ta sama typografia, to samo rozmieszczenie tekstu. Całość jest oczywiście bogato ilustrowana zdjęciami oraz szkicami omawianych konstrukcji i budowli. W stronę architektury dopełnia krótki esej „Oczy Le Corbusiera” autorstwa pani profesor Marty Leśniakowskiej oraz  list autora do Charles’a L’Eplatteniera. Książka ukazała się w serii Fundamenty, która niedawno powiększyła się o kolejne dzieło Le Corbusiera Kiedy katedry były białe oraz o zbiór esejów Adolfa Lossa Ornament i zbrodnia.

wtorek, 3 grudnia 2013

Paszporty Polityki 2013 - nominacje



Poznaliśmy nominowanych do 21. edycji Paszportów Polityki. Nagrody te przyznawane są przez tygodnik "Polityka" w następujących kategoriach: film, muzyka popularna, muzyka poważna, sztuki wizualne, teatr oraz oczywiście literatura. W tym roku nominację w tej ostatniej kategorii otrzymali:



Małgorzata Rejmer - autorka wydanej niedawno książki Bukareszt. Kurz i krew (Czarne). Warto nadmienić, że owa pozycja została już doceniona przez tygodnik "Newsweek", który przyznał jej Nagrodę im. Teresy Torańskiej.



Ziemowit Szczerek - autor książki o zagadkowym tytule Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian (Korporacja Ha!Art), opowieści o podróży na Ukrainę. 



Łukasz Orbitowski - autor wydanej w październiku Szczęśliwej ziemi (Sine Qua Non). Chociaż kiedyś kojarzony był z nurtem fantastyki, obecnie częściej odbiega od niej przesuwając się w kierunku prozy obyczajowej.

Triumfatorem poprzedniej, jubileuszowej edycji Paszportów był nominowany do praktycznie wszystkich nagród mijającego roku Szczepan Twardoch. Do kogo szczęście uśmiechnie się tym razem?

Na ogłoszenie werdyktu musimy poczekać do 14 stycznia.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Po co poezja?", czyli Topos nr 5



Pisząc recenzję Made in Poland poczułam ogromne wyrzuty sumienia. Prasa umiera (tak przynajmniej wieszczą inne media) i ja się niestety również do tego przyczyniam. Posypałam głowę popiołem, przywdziałam wór pokutny i wyruszyłam do Empiku, z którego po chwili wahania i odwiecznego dylematu 'co tu wybrać', wyszłam dzierżąc w dłoni ostatni numer "Toposu".
"Topos" to dwumiesięcznik literacki, koncentrujący się głównie na poezji. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z tym magazynem, więc z ciekawością zabrałam się za pobierany przegląd zawartości owego egzemplarza. Ku mojej ogromnej radości, trafiłam na tzw. ‘numer programowy’, który poświęcony został roli, jaką pełni poezja we współczesnej Polsce. Osoby związane z Toposem został poproszone o wzięcie udziału w ankiecie o wymownym tytule "Po co poezja?". Zostały zawarte w niej pytania, które wielokrotnie pojawiały się w mojej głowie i myślę, że większość osób w jakimś stopniu interesujących się poezją również niejednokrotnie próbowała znaleźć na nie odpowiedzi. Poeci i krytycy, Zbigniew Chojnowski, Przemysław Dakowicz, Tadeusz Dąbrowski, Wojciech Gawłowski, Adrian Gleń, Jarosław Jakubowski, Feliks Netz oraz Krzysztof Dybciak, dzielą się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi współczesnej poezji - jakie zaszły w niej zmiany i jaką rolę odgrywa obecnie w społeczeństwie. Pada wiele ciekawych tez, trafnych spostrzeżeń, panowie obalają również kilka mitów. Jest intrygująco i barwnie, ponieważ, jak to na osoby związane z poezją przystało, wypada pochwalić się swoim warsztatem (ach te metafory! ach te wyszukane słowa, których nikt już nie używa!).

Swoją drogą, to w świecie poezji musi dziać się coś złego, skoro osoby związane z poezją w czasopiśmie przeznaczonym dla ludzi czytających poezję, zastanawiają się nad istotą poezji. Czyżby 'środowisko' utknęło w martwym punkcie i musi od nowa przemyśleć pewne kluczowe kwestie? Wydaje się to całkiem prawdopodobne, zwłaszcza, że (jeśli wierzyć architektom) powoli żegnamy się z erą postmodernizmu. Idzie nowe, trzeba napisać manifesty.

Co jeszcze znajdziemy w "Toposie"? Kilka innych tekstów traktujących o poezji, wiersze, wywiad ze wspomnianym już Przemysławem Dakowiczem na temat jego książki „Teoria wiersza polskiego” (która zapowiada się całkiem ciekawie) oraz dużą liczbę recenzji m.in. pojawia się jak najbardziej pozytywna ocena Radości Grzegorza Kwiatkowskiego autorstwa Marka Czuku (mój skromny wywód do przeczytania tutaj).  Na łamach dwumiesięcznika przeczytamy również relację z tegorocznej edycji Nagrody Poetyckiej "Orfeusz", gdzie na szczególną uwagę zasługuje laudacja na temat zwycięskiego tomiku Głosy Jana Polkowskiego oraz nominowanej Pełnej krwi Łukasza Jarosza. Gwoli przypomnienia: kilka miesięcy później przy wręczeniu Nagrody Wisławy Szymborskiej role się odwróciły i tym razem to Jarosz triumfował (zwłaszcza, że Nagroda Szymborskiej to 200 tyś złotych, a Orfeusz 20 tyś). Ach ten chichot losu.

A skoro już jesteśmy przy nagrodach - pojawia się również tekst o debiutantach, w którym znajduje się wzmianka o Kacprze Płuście (nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia za Ze skraju i ze światła) oraz Urszuli Kulbackiej (nominacja do tegorocznej NIKE za rdzennych mieszkańców). Żałuję, że w czasie poprzedzającym rozdanie obu tych nagród nie udało mi się dotrzeć do żadnego z tych tomików. Szkoda, bo w opisie prezentują się intrygująco, nawet odrobinę kontrowersyjne - o Płuście mówi się, że ma „hipisowskie inklinacje” (cokolwiek to znaczy), natomiast Kulbacką poleca sam Jerzy Jarniewicz. Poza tym wystarczy przypomnieć okładkę jej debiutanckiego tomiku:



Warto dodać, że do dwumiesięcznika zostały dodane dwa tomiki: „Elegijki” Artura Daniela Liskowackiego oraz „Kartki na wodzie” Leszka Aleksandra Moczulskiego.

Więcej informacji na temat „Toposu” i związanego z nim środowiska można znaleźć na blogu Topoi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...