poniedziałek, 4 listopada 2013

Wanna z kolumnadą

Filip Springer
wydawnictwo Czarne, 2013

Polski ład przestrzenny – temat rzeka i do całkiem dosłownie. Jeżeli popatrzymy na to, jak wygląda przestrzeń, która nas otacza, możemy śmiało stwierdzić, że jest ona równie dzika i nieuregulowana jak meandrujący ciek wodny. Nierzadko również staje się zanieczyszczona i zaniedbana, zostawiona na pastwę losu. Silniejszy strumień sobie poradzi, ten nieco mniejszy w końcu zanika – zupełnie jak ład przestrzenny, którego w wielu miejscach w naszym kraju po prostu nie ma.

W swojej najnowszej książce Filip Springer stara się z pomocą kilku reportaży wreszcie zwrócić naszą uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Próbuje znaleźć przyczyny zaistniałej sytuacji, opisać jej cechy charakterystyczne oraz w pewien sposób pragnie znaleźć rozwiązanie (chociaż sytuacja jest raczej beznadziejna).

No dobrze, ale o czym tak naprawdę mowa?

O developerach, którzy budują ekskluzywne osiedla na obrzeżach miast, często zapominając, że organizacja takiego obszaru nie ogranicza się jedynie do postawieniu kilku domów , lecz wymaga również zadbania o odpowiednią infrastrukturę. O dzielnych architektach, którzy wznoszą koszmarki (najczęściej restauracje, chociaż zdarzają się i domy jednorodzinne) udające coś, czym nie są (chaty wiejskie, młyny, piramidy, greckie świątynie, średniowieczne zamczyska, przaśne pałace – jak to mówią Anglicy the sky's the limit).

Wieża Eiffla wśród kombajnów (fot. Google Maps)

O kolorowych blokach innych budynkach użyteczności publicznej (zjawisko ochrzczone przez autora mianem pastelozy), których elewacje zdecydowanie mają przeciwny do zamierzonego wpływ na wygląd otoczenia (im więcej kolorów – tym lepiej. Nie ważne, czy do siebie pasują, czy też nie – ma być wesoło). Jest też słowo o wspomnianych już rzekach, o tym jak miasta zabijają coś, bez czego nigdy by nie powstały. Wystarczy spojrzeć na Warszawę, która wygląda tak, jakby bała się Wisły i odgradza się od niej murem chaszczy i krzaków. Dużo miejsca jest też poświęcone reklamie, chyba największej zmorze polskich miast (chociaż z moich własnych obserwacji wynika, że ta zaraza dociera również do tych najmniejszych wiosek). Dużo? To i tak jeszcze nie wszystko.

Co jest przyczyną tych wszystkich problemów? Wiele osób zrzuca tę eksplozję koloru i formy na PRL (tak jest wygodnie), w którym dominowała szarość betonu. Jest to sensowna teza, jednak:

a)Nie tylko w Polsce panowała taka moda (słyszał ktoś o brutalizmie?) a mimo to w innych krajach jakoś nikt nie ma genialnych pomysłów malowania budynków na różowo-błękitno-groszkowo (przynajmniej nie jest to dominujący trend).

b) Obecni 20-30-latkowie nie cierpią raczej z powodu traumy wywołanej szarością poprzedniego ustroju, a jednak niektórzy z nich nie widzą nic złego w stawianiu kiczowatych budynków zupełnie nie mających niczego wspólnego z otoczeniem (zróbmy elewację à la wiejska chata – będzie ciekawie wyglądać na tle tych secesyjnych kamieniczek) lub wyglądają po prostu źle(zróbmy jasnoczerwony dach i rzućmy ciemnozielony tynk – będzie fajnie).

c) Czy w PRL-u było naprawdę tak szaro? Ponieważ jako przedstawicielka rocznika ’89 niewiele wiem na ten temat, spytałam się o to mojej mamy. Ona skwitowała to w następujący sposób: „To, że wtedy był szary papier toaletowy, nie znaczy, że wszystko było szare.”. Jako przykład podała łódzkie murale (nie mylić z tymi, które powstają tam obecnie), które raczej nie narzekały na brak koloru.


Poza tym wystarczy spojrzeć na inne budynki powstałe w dobie modernizmu – może są szare, ale czy ich forma jest nijaka?

Słynne wrocławskie sedesowce na osiedlu Plac Grunwaldzki

Swoją droga to zabawne, ze ludzie na widok takiego budynku wykrzywiają twarz i mówią „Ale brzydactwo!” (w domyśle – wyburzmy go i postawmy na jego miejscu jakąś nową galerię handlową), a nie widzą nic złego tych współczesnych budynkach.

Springer we wstępie również odrzuca tezę odreagowania PRL-u za pomocą kiczu, natomiast zrzuca zaistniałą sytuację na stan polskiej edukacji plastycznej. Autor twierdzi, że nie pamięta swoich zajęć z plastyki, nieco później podaje również statystyki, które wyraźnie pokazują, że w Polsce zdecydowanie mniej przywiązuje się wagi do tych zajęć, niż w innych krajach europejskich. Myślę, że jednak to nie liczba godzin jest istotna, ale sposób, w jaki odbywają się te zajęcia i co faktycznie się z nich wynosi (oprócz teczki pełnej szkiców martwej natury).

Więc jak temu zaradzić?

Springer w swojej książce podaje przykłady ludzi, którzy próbują angażować się w przywracanie ładu w polskiej przestrzeni, jednak równocześnie pokazuje, że nawet najszlachetniejsze idee nie spotykają się z życzliwą akceptacją innych i w rezultacie nigdy nie zostają wcielone w życie. Sam autor nie pozostaje biernym obserwatorem, również próbuje interweniować, jednak w rezultacie i tak górą pozostaje siła pieniądza. Sam fakt publikacji i promocji Wanny z kolumnadą nieco poruszył mediami, które zaczęły wreszcie wyrażać troskę o przestrzeń, w której żyjemy. Czy to jest zapowiedź nagłej zmiany? Niestety, za miesiąc będzie się już mówić i pisać o czymś zupełnie innym, a jak w Polsce brzydko było, tak nadal będzie.

Zwykliśmy mówić, że wszystko to, co złego dzieje się w polskiej przestrzeni, to wina PRL-u a co za tym idzie – Rosji. Wkraczając w erę kapitalizmu za wzór przyjęliśmy sobie USA, co widać nawet na poniższym przykładzie:


LAS VEGAS (fot. Wikipedia)

BOLESŁAWIEC (fot.Filip Springer)

Czy zaśmiecony obszar USA jest aby dobrym przykładem do naśladowania? A może zamiast uczyć się od Las Vegas, powinniśmy spojrzeć na rosyjski Petersburg, gdzie zgodnie z obecnymi przepisami, w centrum nie mogą powstawać żadne wysokie budowle? Gdzie wszystkie rzeki i kanały stanowią integralną cześć miasta i nadal spełniają swoje funkcje transportowe (i nie chodzi wcale tylko o transport turystów)? Gdzie większość budowli utrzymana jest w zbliżonym stylu architektonicznym,a elewacje mają przyjazne dla oka kolory? Owszem, wymaga to nakładu dużej kwoty pieniędzy, ale jestem przekonana, że miasto dzięki temu zarabia. I to wcale niemało.

I jeszcze jedno – bloków wcale nie wymyślili Rosjanie, tylko sam Le Corbusier (tzw. papież modernizmu). Oczywiście jego Unité d'Habitation wyglądała nieco inaczej i stała za nią bardzo rozbudowana filozofia, jednak to on, nie nasi wschodni bracia, wpadł na ten pomysł pierwszy.




Wracając do książki (obiecywałam sobie, że skupię się wyłącznie na jej treści, bez żadnych osobistych uwag – nie wyszło) – gorącą ją wszystkim polecam. Springer pisze dobrze i wyjątkowo ciekawie (trudno się oderwać od lektury), a książka jest również naprawdę dobrze wydana (i ma dużą czcionkę, co jest ostatnio rzadkością, jeśli chodzi o wydawnictwo Czarne).

Powinni po nią sięgnąć wszyscy. Przeczytać, przemyśleć i zacząć dbać o przestrzeń w której żyjemy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...