czwartek, 28 listopada 2013

To oślepiające, nieobecne światło


Tahar Ben Jelloun
tł. Małgorzata Szczurek
Karakter, 2008

Maroko jak każde młode afrykańskie państwo (niepodległość odzyskało dopiero w 1956 roku) zmagało się z problemem ukształtowania własnego kraju. Społeczeństwo było zawiedzione formą, jaką przybrała władza oraz z jej decyzjami, co znalazło odbicie w licznych demonstracjach i protestach. Narastające niezadowolenie doprowadziło nawet do zamieszek oraz próby zgładzenia króla Hassana II. Monarcha z tej nieudanej próby zamachu wyszedł bez szwanku, natomiast zamachowcy zostali pojmani i wtrąceni do więzienia. Zamiast oczekiwanej kary śmierci zostali jednak poddani znacznie gorszej próbie. W zamian za ocalenie życia mieli spędzić kilkanaście lat w tajnym więzieniu, gdzie każdy skazany został zamknięty w maleńkiej celi doszczętnie pozbawionej światła.

To oślepiające, nieobecne światło - Tahar Ben JellounJednym z więźniów jest głównych bohater i narrator Tego oślepiającego, nieobecnego światła, Salim, któremu jako jednemu z nielicznych udało się dożyć końca wyroku i powrócić do normalnego życia. Od samego początku wiadomym jest, że kara śmierci wydaje się zbawienna w porównaniu z tym, na co zostali skazani zamachowcy. Wyjątkowo mała przestrzeń życiowa, skąpe racje żywnościowe, brak prywatności i przede wszystkim wszechogarniająca ciemność. Nic więc dziwnego, że liczba więźniów z czasem zaczęła gwałtownie spadać, takie warunki sprzyjają rozwojowi chorób, nie tylko tych fizycznych, ale również (a nawet przede wszystkim) psychicznych.

Salim przeżył, ponieważ zachował zdrowy rozsądek i potrafił myśleć w sposób racjonalny. By nie popaść w odmęty szaleństwa i demencji, starał się codziennie trenować swój umysł, do czego również zachęcał swoich współwięźniów. Wspólne opowiadanie zasłyszanych historii, streszczanie przeczytanych książek, wymyślanie opowieści a nawet nauka angielskiego. Wszystko to pozwalało skazanym nie tylko na pobudzanie aktywności mózgu, ale również na zachowanie pozorów normalności. Ustalanie planu dnia oraz innych zasad, sprawiło, że długie i ciemne dni spędzone w izolacji stawały się nieco bardziej znośne.

Przy życiu Salima trzymało nie tylko umiłowanie wiedzy i zdrowy rozsądek, ale również wiara. Poświęcał on dużo czasu na recytację ustępów Koranu, oddawał się modlitwie i medytacji. Choć wielu z jego towarzyszy odeszło a ich śmierć poprzedzały niekiedy długie męczarnie, on nie panikował, nie tracił nadziei. Paradoksalnie, wraz z upływem czasu stał się niejako przywódcą wszystkich uwięzionych wraz z nim zamachowców, stojąc na straży zachowania ustalonych reguł i tym samym pozorów normalnego życia.

Książka ta, choć jest lekturą wywodzącą się z zupełnie innego kręgu kulturowego, idealnie wpisuje się w nurt europejskiej literatury obozowo-łagrowej. Już po pierwszych kilku stronach, czytelnik czuje, że trafił na znajomy grunt. Losy uwięzionych Marokańczyków korespondują z doświadczeniem osób, które trafiły do obozów koncentracyjnych, czy łagrów. Oczywiście skala, powód i przebieg tych form eksterminacji są zupełnie inne, jednak towarzyszące temu cierpienie oraz nieuchronna śmierć doskonale je łączy. Tahar Ben Jelloun, podobnie jak świadkowie masowych zagład w czasach II Wojny Światowej, zamiast uciekać do świata metafory, opisuje cierpienie i śmierć zgromadzonych tam osób w sposób jak najbardziej realistyczny. Nawet obraz powrotu głównego bohatera do życia na wolności idealnie pokrywa się z relacjami byłych więźniów obozów koncentracyjnych, na których psychice doświadczenie pobytu w takim miejscu zostawiło nieodwracalny ślad, pokazując, że koszmar uwięzienia nie kończy się wcale tak szybko, jak można by było się tego spodziewać.

To oślepiające, nieobecne światło to świetny przykład opowieści, która chociaż brzmi dla nas, polskich czytelników, znajomo, to jednak opowiedziana przez Tahara Ben Jellouna uzupełnia ją o nowy, nie tylko egzotyczny, ale i duchowy kontekst. Jakby nieco na przekór przyjętym standardom, nie jest to jednak książka pogrążona w ciężkiej, niemal grobowej atmosferze. Wręcz przeciwnie, opanowanie i wiara Salima stanowi przeciwwagę dla całego kontekstu, w którym się znalazł. Autor zamiast napisanego surowym językiem sprawozdania oferuje czytelnikom niemalże poetycki, plastyczny opis, który jedynie pozornie kontrastuje z drastycznymi i naturalistycznymi opisami losów więźniów. W rzeczywistości ten kontrast pomiędzy językiem a treścią sprawia, że jest to książka nie o pobycie w pozbawionym światła więzieniu, nie o cierpieniu zamkniętych tam osób, ale o silnej woli i nadziei, która nie jest wcale matką głupich i może sprawić cuda.

wtorek, 26 listopada 2013

Nagroda Historyczna im. Kazimierza Moczarskiego 2013

W miniony piątek wręczono Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego za najlepszą historyczną książkę roku. Laureatem tegorocznej edycji został znany z łamów „Polityki”, „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” historyk i publicysta Marcin Zaręba.



Jury doceniło jego publikację Wielka trwoga. Polska 1944-1947 (Znak) na kartach której autor, jak zresztą sugeruje tytuł, opisuje trudne czasy Polski powojennej, podkreślając tym samym, że zakończenie wojny nie oznaczało wcale końca problemów w państwie. Paradoksalnie okres teoretycznego pokoju przyniósł ze sobą rosnące niepokoje społeczne i strach przed nową sytuacją polityczną.

Pozostali nominowani:

  • Małgorzata Szpakowska -"Wiadomości Literackie". Prawie dla wszystkich (W.A.B.)
  • Jacek Pietrzak - Polscy uchodźcy na Bliskim Wschodzie w latach drugiej wojny światowej (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego)
  • Jan Skórzyński - Siła bezsilnych. Historia Komitetu Obrony Robotników (Świat Książki)
  • Tadeusz Mazowiecki - Rok 1989 i lata następne (Prószyński i S-ka)
  • Przemysław Gasztold-Seń - Koncesjonowany nacjonalizm. Zjednoczenie Patriotyczne Grunwald 1980-1990 (IPN)
  • Marek Żebrowski - Jerzy Giedroyć. Życie przed "Kulturą" (Wydawnictwo Literackie)
  • Jan Sadkiewicz - Ci, którzy przekonać nie umieją. Idea porozumienia polsko-niemieckiego w publicystyce Władysława Studnickiego i wileńskiego "Słowa" (do 1939) (Universitas)
  • Joanna Kuciel-Frydryszak - Słonimski. Heretyk na ambonie (W.A.B.)
  • Paweł Kowal - Koniec systemu władzy (Instytut Studiów Politycznych PAN, Instytut Pamięci Narodowej, wydawnictwo Trio)

niedziela, 24 listopada 2013

Dlaczego modernizm był/jest wyjątkowy?




Modernizm. Zamierzchłe czasy o nieco mylącej nazwie. Jak możemy wciąż określać mianem nowoczesnego coś, co miało miejsce w pierwszej połowie XX wieku a w latach siedemdziesiątych zostało wyparte przez inny nurt o równie kuriozalnej nazwie (postmodernizm)? No cóż, mamy ku temu kilka powodów. By jednak zrozumieć wyjątkowość tego okresu, musimy prześledzić całą historię architektury.

Przez wieki architekci zajmowali się na przemian ‘cytowaniem’ stylów minionych w swoich pomysłach dotyczących najnowszych prądów architektonicznych.  I tak renesans był odrodzeniem stylu znanego ze starożytnych budowli greckich i rzymskich, barok swoją monumentalnością i zamiłowaniem do budowli sakralnych puszczał oczko do sięgającego nieba gotyku, tylko po to, by za kilkadziesiąt lat za sprawą klasycyzmu zostać odrzuconym na rzecz antyku. Apogeum odwoływania się do minionych stylów nastało w wieku XIX, kiedy do głosu doszedł historyzm wraz ze swoimi licznymi wariacjami: neoromanizmem, neogotykiem, neorenesansem oraz neobarokiem. Co odważniejsi pokusili się o projektowanie budynków w stylu eklektycznym, który, jak to sobie możemy z łatwością wyobrazić, przez wymieszanie rozmaitych prądów architektonicznych charakteryzował się wyjątkowo dużą ilością zdobień i przepychem – kolumny, kopuły, strzeliste wieżyczki – czego tylko dusza zapragnie, im więcej, tym lepiej. Niech ten styl zilustrują dwa zamki: bawarski zamek 'Disney'a' Neuschwanstein, którego budowa rozpoczęła się w 1869 r. ...



... oraz przykład z naszej polskiej ziemi - eklektyczny pałac/zamek w Mosznej:



Nic więc dziwnego, że następne pokolenie architektów poczuło przesyt tych historycznych budowli i postanowiło wymyślić coś nowego (nowy – słowo klucz). Niech to już nie będzie żaden nowy gotyk, ale zupełnie nowa sztuka – Art nouveau. Taką nazwę przyjęli jednak tylko Francuzi, w Austrii, która była siedzibą pionierów tego nowego stylu, nazwano go secesją (ta nazwa przyjęła się również w Polsce). Choć pozbyto się nawiązań do stylów poprzednich wieków (przynajmniej z założenia – niektóre bryły wciąż przypominały neogotyk), nie zrezygnowano jednak ze zdobnictwa. Ornament w secesji był również wyjątkowo bogaty, charakteryzowały go przeważnie motywy roślinne i nieregularność formy. Obok tych nieco bardziej zachowawczych budowli, pojawiały się budynki będące wytworem wyobraźni, jak na przykład twórczość Gaudiego:



Panie i panowie – wreszcie dotarliśmy do modernizmu! Kolejnego stylu, który swoją nazwą chciał podkreślić, że wprowadza coś nowego i innowacyjnego. Można spokojnie powiedzieć, że było w tym dużo prawdy. W dalszym ciągu negowano kopiowanie architektury lat minionych, jednak tym razem odrzucono również całą ornamentykę. Jak stwierdził jeszcze przed nastaniem I Wojny Światowej austriacki architekt Adolf Loose, ornament to zbrodnia i warto zaznaczyć, że nie był w tym śmiałym twierdzeniu odosobniony. Według prekursorów modernizmu, zdobnictwo jest zupełnie zbędne, najważniejsza jest funkcja i bryła powinna w całości z nią korespondować*. W dodatku gwałtowny rozwój technologii, który nastąpił w początkowej fazie XX wieku, sprawił, że ludzie zamiast z nostalgią oglądać się za echami reliktów pierwszych cywilizacji**, zaczęli fascynować się możliwościami inżynierii, nowymi materiałami budowlanymi (beton!) oraz innowacyjnymi rozwiązaniami, które oferowała. Pierwsze samochody przemykające obok drapaczy chmur to widok, o którym zwolennikom kopiowania Wersalu nawet się nie śniło. Przykłady? Proszę:


Dom Rietvielda w Utrechcie

Pawilon barceloński (Mies van der Rohe)


Villa Savoye (Le Corbusier)

Geometria, duże przeszklenia, płaskie dachy, minimalizm. A żeby było jeszcze ciekawiej, architekci zapragnęli nie tylko zmieniać przestrzeń, ale również i ludzi. Ich celem było stworzenie utopii, a jak już dobrze wiemy, takie działania nigdy nie przynoszą nic dobrego i w rezultacie modernizm w latach 70. minionego wieku popadł w niełaskę.

Jak już wiemy, kolejnym stylem był postmodernizm, który przekreślił misternie wypracowane postanowienia modernizmu, wprowadzając do świata architektury nieco anarchii. Powróciły motywy historyczne, wróciło symboliczne zdobienie. Na niezamierzone owoce takiego stanu rzeczy możemy patrzeć obecnie w Polsce, podziwiając kolejne zajazdy-wiejskie chaty, hotelopiramidy itd. (więcej na ten temat tutaj). Jak się jednak ostatnio dowiedziałam i ta epoka dobiega końca i powoli wkraczamy w dobę… No właśnie, nie do końca wiadomo czego. Jedni wolą nazwę neomodernizm, inni postpostmodernizm. Jakby się to nie nazywało, nic nie wskazuje na to, byśmy mogli spodziewać się tak rewolucyjnych i odważnych zmian, jakie zaoferowali nam architekci na początku XX wieku.

Oczywiście mój powyższy wywód jest bardzo powierzchowny i uproszczony. Historia architektury jest o wiele bardziej skomplikowana i nigdy nie była jednolita. Nie zmienia to jednak faktu, że modernizm był prawdopodobnie najodważniejszym krokiem w architekturze. Całkowite zerwanie z dziedzictwem historycznym było nowością i chociaż próbowano dokonać już tego w secesji, to jednak dopiero architektom doby modernizmu udało się tego dokonać.

Jednym z pionierów tego stylu był Le Corbusier, który wiele informacji na ten temat zawarł w swojej książce W stronę architektury, którą niedawno udało mi się nabyć i którą właśnie czytam. Recenzja już wkrótce.

*Nie znaczy to, że w modernizmie w ogóle nie było zdobień. Pojawiały się one tu i ówdzie, ale były tak subtelne, że w porównaniu z tymi secesyjnymi można było śmiało powiedzieć, że ich nie ma.

**Oczywiście podobnie jak w przypadku secesji, nie możemy powiedzieć o zupełnym braku inspiracji poprzednimi stylami w sztuce. Ale trzeba przyznać, że a) był to jedynie stonowany i pełen harmonii antyk, b) zamiast kopiować budynki wykorzystywali jedynie niektóre rozwiązania.

źródła fotografii: Wikipedia (z wyjątkiem 1 i 3 - archiwum własne)

piątek, 22 listopada 2013

Made in Poland


Agora SA, 2013

Duży Format – magazyn dołączany do Gazety Wyborczej od 1993 roku (pierwotnie pod nazwą Magazyn Gazety Wyborczej) prezentujący na swoich łamach reportaże zarówno z kraju , jak i z zagranicy. Kuźnia wielu talentów reporterskich, których nazwiska obecnie należą do jednych z najbardziej rozpoznawalnych wśród gatunku reportażu w Polsce (niektórym udaje się również zaistnieć poza granicami, ale to niestety rzadkość).

Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu - Opracowanie zbioroweMówi się, że reportaż w swojej dawnej formie umiera. No cóż, ciężko się z tym nie zgodzić – wielkie nazwiska z magazynu przeniosły się do bardziej obszernej formy, jaką jest książka. Młodzi również wolą zadebiutować na stabilniejszym rynku książki - w końcu od jakiegoś czasu głośno mówi się, że prasa w swojej tradycyjnej formie wymiera, bo w końcu wszystko (i jeszcze więcej) można przeczytać w internecie. Duży Format stawia jednak czoła tym zmianom i najnowsze wydania możemy przeczytać w wersji elektronicznej na swoim tablecie. A by uczcić 20 urodziny magazynu, postanowiono wydać zbiór najlepszych (?) reportaży w formie książki.

Made in Poland to zbiór 25 reportaży napisanych przez reporterów z bardziej lub nieco mniej bogatym dorobkiem literackim, powstałych na przestrzeni ostatnich 25 lat i poruszających różnych tematy. Zacznijmy od autorów: jeden rzut oka na spis treści wystarczy, by się przekonać, że moja wzmianka o talentach nie była bezpodstawna. Do Dużego Formatu pisali m.in. Mariusz Szczygieł, Lidia Ostałowska, Wojciech Tochman, Jacek Hugo-Bader, Beata Pawlak, Katarzyna Surmiak-Domańska, czy Wojciech Jagielski. Prawdziwa crème de la crème polskiego reportażu, osoby zaangażowane, całkowicie poświęcające się swojej pracy (najlepszym przykładem takiego poświęcenia jest niestety Beata Pawlak, która w 2002 roku zginęła w zamachu zorganizowanym przez islamskich fundamentalistów na wyspie Bali). Każdy z nich oprócz zmysłu reporterskiego posiada również wyjątkowy warsztat oraz umiejętność zaciekawienia czytelnika, dzięki czemu mogą wciągnąć czytelnika w lekturę tekstu poruszającego tematykę zupełnie mu obcą. Można tylko pozazdrościć talentu.

O czym piszą? Część z nich pracuje w Polsce, cześć wyjeżdża za granicę i zajmuje się problemami innych. Niektóre z nich to tzw. reportaże interwencyjne, niektóre skupiają się na jednej postaci, natomiast jeszcze inne opisują jakieś zjawisko społeczne. Znajdziemy tutaj reportaże poruszających tematy bardzo zróżnicowane – od wstrząsającej opowieści Witolda Szabłowskiego o honorowych zabójstwach (To z miłości, siostro), przez nieco niekonwencjonalne wspomnienie o Agnieszce Osieckiej (To nie mój pies, ale moje łóżko Lidii Ostałowskiej i Pawła Smoleńskiego), po zaskakującą kwestię flirtów za pomocą niewinnych wiadomości SMS, którą porusza Magdalena Grzebałkowska w tekście Kocham się. Zabijmy męża. Każdy reportaż utrzymany jest w nieco odmiennej konwencji i myślę, że każdy czytelnik znajdzie wśród zebranych tutaj tekstów taki, który szczególnie przypadnie mu do gustu.
Osobiście polecam Bracia i siostry Tochmana, historię udowadniającą, że więzi rodzinnych nie jest w stanie przerwać ani żadne prawo, ani decyzja sądu. Ciekawie, zwłaszcza dla tych młodszych czytelników, prezentują się również dwa reportaże nawiązujące do ery PRL-u. Grzegorz Sroczyński w Książka wisiała, manikura trwała śledzi losy tak dobrze nam znanych książek skarg i zażaleń. Przypomina ich historię, czyta zamieszczane w nich wpisy (w tym jeden autorstwa Grzegorza Miecugowa) oraz domaga się dostępu do nich we współczesnym, kapitalistycznym już sklepie. Piotr Lipiński postanowił natomiast powrócić do innej nieodzownie kojarzącej się z tamtymi czasami kwestii – rolki papieru toaletowego (Królowa PRL-u).  A skoro już jesteśmy w temacie towarów i sklepów – razem z Wojciechem Starzewskim zajrzyjmy jeszcze na Najniższą półkę i sprawdźmy co jest a czego nie ma w produktach się tam znajdujących. Lektura nie tylko ciekawa, ale również niesamowicie przydatna.

Jak już wspomniałam reportaże zamieszczone w Made in Poland zostały napisane w ciągu ostatnich 25 lat – najstarszym jest Uprowadzenie obiektu Włodzimierza Kalickiego z 1994 roku, najnowszym tegoroczny Duży słoń Michała Matysa. Co ważne, teksty oraz ich przesłanie wciąż pozostają aktualne. Takim przykładem jest napisany w 2002 roku Na Bałutach jeszcze Polska Lidii Ostałowskiej, gorzki obraz życia młodych ludzi zamieszkujących tę dzielnicę Łodzi. Chociaż od powstania reportażu minęło już ponad dziesięć lat, z przykrością stwierdzam, że niewiele się pod tym względem w tym miejscy zmieniło. Podobnie ma to miejsce Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii Leszka K. Talko, relacji z wycieczki 5 stolic w 5 dni. Chociaż dzisiaj już bez większych przeszkód możemy wyjechać do Londynu i podjąć tam pracę i nie trzeba w tym celu uciekać się do nielegalnej ucieczki z autokaru wycieczkowego, to jednak inne zachowania takich ‘wycieczkowiczów’ pozostały bez zmian.

Made in Poland to zbiór interesujący, intrygujący i godny polecenia. Niestety nie mogę ocenić selekcji tekstów, ponieważ niestety przyczyniam się do wymierania gazet. Patrząc na załączone do książki notki biograficzne autorów wierzę, że wybór ten nie odbył się zupełnie bezpodstawnie i ma swoje odzwierciedlenie w jakości tekstu. Mam nadzieję, że kryzys prasy jednak nie nastąpi i za 25 lat Duży Format przygotuje kolejny zbiór reportaży. Patrząc na młode pokolenie polskich twórców reportażu śmiem twierdzić, że będzie to książka równie ciekawie i dobrze napisana.

czwartek, 21 listopada 2013

Szlakiem literatury zagranicznej: przystanek #3 - Maroko




Była Rosja i Ukraina. Czas wyrwać się z tego słowiańskiego kręgu kulturowego i przenieść gdzieś daleko, najlepiej na inny kontynent. Niech to będzie Afryka, ląd który chyba większości nie kojarzy się jednoznacznie z literaturą (nie licząc popularnych ostatnio książek podróżniczych oraz reportaży). Na pierwszy ogień niech pójdzie Maroko.



Co wiemy o literaturze tego kraju? No cóż, chyba mało który czytelnik może pochwalić się znajomością literatury marokańskiej. Państwo to kojarzymy raczej z filmem, a konkretnie z Casablancą z pamiętną rolą Humphrey’a Bogarta i Ingrid Bergman, którego akcja dzieje się w największym mieście Maroka. Stolica tego północnoafrykańskiego państwa również na stałe zagościła w naszej świadomości, w końcu codziennie słyszymy o różnego rodzaju ‘rabatach’ (zbieżność nazw jest jednak zupełnie przypadkowa). Do Maroka można pojechać również na wakacje i cieszyć się czasem spędzonym w hotelowym basenie.

Ale co z tą literaturą? Nawet nie mając pojęcia, kto i jakie książki w Maroku pisze, możemy spróbować zgadnąć, czego one dotyczą. Kraj ten położony jest w północnej części Afryki, czyli jest zdominowany przez Islam. Oczywiście możemy się domyślić, że podobnie jak w każdym innym kraju muzułmańskim, znajdzie się grupa pisarzy, którzy na kartach swoich dzieł zechcą albo wyrazić swoją miłość do Allaha, albo okazać niezadowolenie z niektórych radykalnych poglądów tak charakterystycznych dla tej religii. Kolejnym faktem wartym odnotowania jest język, w którym powstają książki – jest to albo arabski (język urzędowy) albo francuski, czyli język byłego kolonizatora. Kto wie, może w niektórych dziełach wciąż pobrzmiewają echa czasów, w których Maroko było kolonią francuską? Oczywiście jak każde inne młode państwo afrykańskie borykało się ono z problemami związanymi z zamieszkami na tle politycznym oraz etnicznym. Znając życie i takie wątki znajdziemy w wydawanych tutaj książkach.



Kogo warto przeczytać? Niestety, wybór jest mały. Oczywiście nie znaczy to, że w Maroku nie powstają żadne książki, lecz ich znikoma cześć pojawia się na rynku polskim. Niech za przykład posłuży nam Tahar Ben Jelloun, urodzony w 1944 pisarz u poeta piszący w języku francuskim. W 1990 roku w Polsce w jednym tomie ukazały się dwie powieści: Dziecko piasku oraz Święta noc (PIW) w przekładzie Małgorzaty Cebo. Na wydanie kolejnej powieści przyszło nam czekać aż 18 lat, kiedy to Karakter z pomocą Małgorzaty Szczurek wydał To oślepiające, nieobecne światło (w październiku tego roku nakładem tego wydawnictwa ukazało się również wspomniane już Dziecko piasku, tym razem w tłumaczeniu Jacka Giszczaka). W 2010 Wydawnictwo Akademickie Dzialog wydało również O mojej matce w przekładzie autorstwa Jolanty Kozłowskiej. Tahar Bell Jelloun był gościem tegorocznej edycji Festiwalu Conrada w Krakowie, gdzie zdążył udzielić wywiadu Notatnikowi Dwójki, który odsłuchać można tutaj.

Innym pisarzem marokańskim jest Driss Chraїbi,którego powieść Przebudź się, matko! ukazała się w Polsce w 2007 roku.

A może wy znacie jakiś innych pisarzy pochodzących z Maroka?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Muzeum porzuconych sekretów


Oksana Zabużko
W.A.B. 2012 (2010)
przełożyła Katarzyna Kotyńska

Ukraina. Nasz wschodni sąsiad, którego historia wyjątkowo nie rozpieszczała. Ta gigantyczna połać lądu, która dała początek współczesnej Rosji, od zawsze była łakomym kąskiem dla innych państw. Cześć przez długi czas znajdowała się w obrębie Polski, następnie została włączona do ZSRR. Nawet teraz, gdy już od ponad 20 lat może cieszyć się z niepodległości, wciąż widoczne są w niej rosyjskie wpływy. I chociaż wszelkie starania są pokładane w próbie zjednoczenia kraju, wytworzenia wspólnoty, to wciąż widoczne są podziały, chociażby pomiędzy zachodnią i wschodnią częścią tego kraju.

Kilka tygodni temu zastanawiałam się, czy nieustannie powracanie do smutnych wydarzeń z historii kraju jest tylko i wyłącznie cechą Polaków. Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron laureatki tegorocznej edycji Nagrody Angelus wiedziałam już, że takie twierdzenie jest kolejnym mitem, który należy jak najszybciej obalić.

Muzeum porzuconych sekretów - Zabużko OksanaMuzeum porzucanych sekretów Oksany Zabużko to książka monumentalna. I nie chodzi tutaj o jej rozmiar (700 stron), ale przede wszystkim o zawartość. Autorka postanowiła stworzyć powieść na kartach której bolesna przeszłość korespondowałaby z trudną teraźniejszością, począwszy od czasów międzywojnia, kończąc na Pomarańczowej Rewolucji. Nawiązania do historii najnowszej pojawiają się tutaj nieustannie, co w rezultacie skutkuje tym, że główne skrzypce na kartach powieści gra nie Daryna Hoszczynska, ambitna prezenterka ukraińskiej telewizji, nie jej partner antykwariusz Adrian Watamaniuk,  ani nie tajemniczy oficer UPA Adrian Ortyński, tylko właśnie dzieje współczesnej Ukrainy.

Rzućmy okiem na głównych bohaterów. Daryna prowadzi prawdopodobnie ostatni ambitny program na antenie ukraińskiej telewizji, o nieco pretensjonalnej nazwie „Latarnia Diogenesa” (jak się okazuje w trakcie lektury – stan ten nie potrwa zbyt długo). Planuje zagłębić się w tajniki historii i przygotować reportaż dotyczący tajemniczej Heli, siostry babki jej partnera życiowego, Adriana. Wiadomo, że w czasie II Wojny Światowej działała w partyzantce, jednak poza tym wiadomości na jej temat są praktycznie znikome. Adrian również angażuje się w poszukiwania informacji na ten temat i wczuwa się w tą sytuację do tego stopnia, że zaczynają nawiedzać go dziwne sny. Przenosi się w nich do czasów wojennych, gdzie wciela się w rolę innego Adriana, oficera UPA, którego losy w pewien sposób łączą się z losami Heli. Jednak sen jest tylko snem i niestety po obudzeniu wszystkie istotne elementy umykają z głowy naszego bohatera, pozostawiając go w dalszym ciągu bez odpowiedzi na nurtujące go i jego partnerkę pytania.

To tylko jeden z kilku wątków pojawiających się w książce. Poznajemy historię ojca Daryny, na którym czas ZSRR odcisnął wyjątkowo duże piętno. Śledzimy historię Włady, utalentowanej artystki i przyjaciółki naszej bohaterki, która zginęła w nieco tajemniczych okolicznościach. Pojawiają się obszerne komentarze dotyczące współczesnej sytuacji w niepodległej już Ukrainie, gdzie wciąż słychać język rosyjski a przekręty i korupcja mają się wyjątkowo dobrze. Oczywiście autorka zadbała również o wątek skupiający się na relacjach miłosnych pomiędzy naszymi bohaterami. A jakby tego było mało, to wszystko się zazębia i tworzy jedną, w miarę logiczną całość.

Patrząc na ilość wątków, rozmiar książki  i rolę, jaką odgrywa w niej historia, można pokusić się o nazwanie Muzeum porzuconych sekretów współczesną, postmodernistyczną epopeją. Chociaż autorka chętnie odnosi się do przeszłości, to jednak styl i konstrukcja powieści zdecydowanie nawiązują do czasów nam współczesnych. Najlepiej widać to w narracji, która raz prowadzona jest przez Darynę, raz przez jej partnera lub przez Adriana z przeszłości. Sceny z teraźniejszości przeplatają się z historią wojenną, która została zamknięta w nieco dziwnej formie realistycznego snu (zupełny brak oniryzmu, chociaż to w tym przypadku jest raczej zaletą). To urozmaicenie sprawia, że przebrnięcie przez 700 stron powieści jest zdecydowanie mniej monotonnym zajęciem, niż w przypadku innych monumentalnych tomów. Warto również uściślić, że autorka podchodzi do opisywania historii swojego kraju w miarę obiektywnie, dlatego brak tutaj sformułowań utrzymanych w duchu martyrologii.

Muzeum porzuconych sekretów to pozycja idealna dla osób, które stawiają pierwsze kroki w dziedzinie literatury ukraińskiej i chciałyby dowiedzieć się czegoś więcej o tym kraju, nie tylko o jego historii, ale przede wszystkim o ludzkiej mentalności. Dla polskich czytelników lektura tej książki będzie jeszcze ciekawsza, ponieważ w tekście pojawiają się wzmianki o Polakach (nie zawsze pozytywne) oraz jak już zdążyliście zauważyć, bohater z przeszłości jest oficerem UPA, która wielu jednoznacznie kojarzy się tylko i wyłącznie z czymś tak negatywnym, jak rzeź wołyńska. Czasem warto odrzucić nasz punkt widzenia i poznać zdanie drugiej strony.

niedziela, 17 listopada 2013

Zmarła Doris Lessing



Nie żyje Doris Lessing, brytyjska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 2007. Miała 94 lata.

Lessing była autorką wszechstronną, zostawiła po sobie wyjątkowo duży i zróżnicowany dorobek - od książek poruszających tematy polityczne po science-fiction. Do jej najbardziej znanych powieści należą m.in. debiutancka Trawa śpiewa, Złoty Notes (zwany 'biblią feministek'), Lato przed zmierzchem.

W tym roku nakładem wydawnictwa Wielka Litera ukazał się zbiór opowiadań Dwie kobiety.

sobota, 16 listopada 2013

Laureaci pierwszej edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej



Właśnie poznaliśmy zwycięzców pierwszej edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Ku zaskoczeniu wszystkich, jury zdecydowało się przyznać nagrodę ex aequo laureatce tegorocznej edycji Nagrodą Kościelskich, Krystynie Dąbrowskiej, za tomik Białe krzesła (Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu) oraz finaliście również tegorocznej edycji Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Łukaszowi Jaroszowi za Pełną krew (Znak).

Oprócz nich wśród nominowanych znalazła się finalistka tegorocznej NIKE Justyna Bargielska z Bach for my baby, laureat Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego 2013 Jan Polkowski i jego Głosy oraz Krzysztof Karasek którego Dziennik rozbitka został nagrodzony Nagrodą Literacką m.st Warszawy.

Jak widać wybór faktycznie do łatwych nie należał. Każda z wymienionych pozycji została już w tym roku zauważona, część z nich zdobyła już inne nagrody. Osobiście cieszę się z wyróżnienia Jarosza, którego poezja chyba najbardziej trafiła w mój gust. Z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, kto preferuje nieco tę nieco bardziej tradycyjną, zachowawczą formę poezji.
Białych krzeseł niestety nie miałam okazji jeszcze przeczytać, ale mam nadzieję, że za jakiś czas i ten tomik zagości w bibliotekach.

Rozmowy z obojgiem laureatów będzie można zobaczyć w jutrzejszym wydaniu Xięgarni o 16.30 na antenieTVN24.

czwartek, 14 listopada 2013

Wirtualna Biblioteka Wydawców



Pewnie niektórzy z was podczas spacerów po miastach zauważyli citylighty na których pełno okładek książek i kodów QR. Dla tych, którzy nie mieli okazji przeczytać, czemu owa akcja ma służyć lub nie natknęli się na żadne informacje jej dotyczące, spieszę z wyjaśnieniem. To tzw. Wirtualna Biblioteka Wydawców – inicjatywa Krakowskiego Biura Festiwalowego mająca na celu oczywiście wspieranie czytelnictwa a przy okazji promocja Krakowa, który w minionym miesiącu został ogłoszony Miastem Literatury UNESCO. Jest to druga odsłona akcji, pierwsza została zorganizowana w wakacje i swoim zasięgiem objęła jedynie Kraków. Tym razem citylighty można spotkać w kilku większych miastach na terenie całego kraju.

Wirtualna Biblioteka Wydawców to akcja w pełni interaktywna. Za pomocą kodu QR możemy pobrać fragment interesującej nas książki a po jej przeczytaniu zdecydować się na ewentualny zakup. W tej odsłonie projektu na plakatach pojawiły się dzieła autorstwa gości Festiwalu Conrada i Targów Książki w Krakowie (co jeszcze dobitniej podkreśla aspekt promocji miasta). Wybór jest naprawdę duży – powieści, poezja, reportaż, literatura faktu (pełna lista z możliwością pobrania fragmentów tutaj). Na tym jednak nie koniec atrakcji. Dodatkowo czytelnicy mają możliwość pobrania trzech darmowych e-booków, którymi są:
  • Made in Poland (publikacja zbiorowa)
  • Spowiednik rzeczy Wojciecha Bauera
  • Bezsenność w Tokio Marcina Bruczkowskiego
Pierwsza edycja projektu okazała się być sukcesem (mówi się o ponad 10 tys. pobranych fragmentów książek) i wydaje mi się, że również i tym razem organizatorzy będą mogli pochwalić się dobrymi wynikami. Kto wie, może przed świętami pojawi się kolejna, trzecia już odsłona Wirtualnej Biblioteki Wydawców? Zważywszy na okoliczności (mania kupowania prezentów) wydaje się być to dobrym pomysłem.



Więcej o projekcie można przeczytać tutaj.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Głosy


Jan Polkowski
Biblioteka Toposu, 2012

Zacznijmy od krótkiego rysu historycznego. Grudzień 1970. Zostaje wprowadzona podwyżka cen detalicznych mięsa oraz innych artykułów spożywczych, średnio o 23%. Społeczeństwo reaguje niezadowoleniem, rozpoczynają się protesty i strajki. Najwyraźniej jest to widoczne na wybrzeżu, gdzie 14 grudnia robotnicy ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina odmówili przystąpienia do pracy, szybko pociągając za sobą pracowników innych przedsiębiorstw. Tłumy pojawiły się na ulicach a wraz z nimi oddziały MO (później również wojsko), których zadaniem było jak najszybsze stłumienie strajków oraz ukaranie podżegaczy. Jak łatwo się domyślić żadna ze stron nie zamierzała ustąpić i strajki często przeradzał się w krwawe zamieszki. W ciągu niewiele ponad tygodnia śmierć poniosło 41 osób, 1164 osoby zostały ranne a w świadomości większości Polaków na trwałe zapisał się następujący obraz:



Chociaż od tych wydarzeń minęło już ponad 40 lat, wciąż chętnie powraca się do nich w mediach (wciąż szuka się winnych zaistniałej sytuacji) a ostatnio wątek wydarzeń grudniowych pojawia się również w świecie kultury i sztuki. W 2011 roku powstał film Antoniego Krauze Czarny Czwartek, któremu towarzyszyło łatwo zapadające w pamięć wykonanie Ballady o Janku Wiśniewskim przez Kazika. Rok później echa tych smutnych okoliczności za sprawą Jana Polkowskiego zagościły również w poezji.

Głosy - Jan Polkowski
Głosy, bo tak został zatytułowany ów tomik, to nic innego jak wyznania osób, które zostały w jakiś sposób uwikłane w wydarzenia grudniowe. Jak sama nazwa wskazuje, to nie autor jest podmiotem lirycznym wierszy, lecz każdych utwór stanowi bezpośrednią relację poszkodowanej osoby. Autor opatrzył każdy wiersz odpowiednią notą identyfikującą daną postać, wskazując jej rolę w wydarzeniach oraz podając rok urodzin po którym czasami następuje niestety data śmierci. I tak tomik składa się z wypowiedzi pięciu zastrzelonych, pięciu matek, dwóch ojców, dwóch synów, dwóch żon, narzeczonej,  brata oraz rannego. Na sam koniec wypowiada się wreszcie sam autor, który w kilku zdaniach wyjaśnia genezę swojego dzieła.

Jak widać po zróżnicowanym doborze podmiotów lirycznych, Polkowski zapragnął ukazać znane wydarzenia z kilku odmiennych punktów widzenia (choć wciąż znajdujących się po tej samej stronie konfliktu). Jak łatwo można się domyśleć, każdy z wierszy jest w pewnym stopniu przejmujący i poruszający. Zamordowani prowadzą rozrachunki z życiem, wspominają swoich bliskich oraz ideały, za które przyszło im zginąć. Starych matek wciąż nie opuszczają wyrzuty sumienia i tęsknota za synami. Synowie zamordowanych albo czują się umocnieni ofiarą ojca, albo dopiero teraz odrzucają dawną nienawiść i powoli starają się odkryć sens jego śmierci. Żony i narzeczona czują pustkę, podobnie jak pozostałe pojawiające się w tomiku ‘głosy’. Każdy wiersz, każde wyznanie, to tak naprawdę ujście nagromadzonych emocji oraz ukazanie bezradności z jaką musiały zmierzyć się owe rodziny w obliczu tak nieoczekiwanej i tak naprawdę zupełnie niepotrzebnej śmierci swoich bliskich. Celem Polkowskiego było bowiem nie ukazanie przebiegu protestów z typowo historycznego i medialnego punktu widzenia, nie pełni on roli kronikarza, nie potępia winnych. Przedmiotem wierszy nie jest bowiem tragedia polska, lecz tragedia rodzinna.



Polkowski  w Głosach nie stara się na siłę utrudniać odbioru swoich wierszy trudnym do zdobycia murem metafor, jednak tym samym nie pozbawia ich kunsztu i złożoności. To czysta emocja ubrana w piękne i smutne frazy, pozbawiona nadmiernej brutalności, skakania sobie do gardeł, czy tak dobrze znanego w naszym kraju motywu mesjanizmu. Z drugiej jednak strony szkoda, że autor nie pokusił się o oddanie głosu osobom stojącym po tej drugiej stronie barykady. Prawdopodobnie jest jednak na to jeszcze za wcześnie.

Głosy zostały laureatem drugiej edycji Nagrody Poetyckiej ORFEUSZ im. K.I. Gałczyńskiego, są również nominowane do pierwszej edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Tomik został zilustrowany zdjęciami Marysi Gąseckiej.

piątek, 8 listopada 2013

Szlakiem literatury zagranicznej: przystanek #2 - Ukraina




Nadeszła pora na kontynuację mojej literackiej podróży po świecie. Tym razem, zainspirowana laureatką tegorocznej edycji Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”, wybieram się na Ukrainę.



Co wiemy na temat literatury naszego południowo-wschodniego sąsiada?

Prawdopodobnie niewiele. Próbowałam przypomnieć sobie jakiegoś klasycznego pisarza ukraińskiego i niestety, chociaż starałam się jak mogłam, to jednak żadna taka postać nie przyszła mi do głowy. Sprawdziłam w internecie – choć przed moimi oczami wyświetliła się długa lista nazwisk wraz z ważnymi dziełami, to żadne z nich nie brzmiało znajomo. W sumie nie ma się czemu dziwić – z pisarzami rosyjskimi (od których rozpoczęłam moją wędrówkę szlakiem literatury zagranicznej) każdy ma styczność na etapie szkoły średniej, jednak tych ukraińskich się niestety pomija. Czy to znaczy, że w świecie ukraińskiej literatury nie ma nic godnego uwagi? Bzdura!

Odstawmy klasyków na bok, bo to nie z nimi chcę się w czasie tej podróży zapoznać, i spójrzmy na twórczość współczesną. Wystarczy dobrze poszperać w ofercie naszych polskich wydawnictw i nagle okaże się, że tu i ówdzie pojawiają się książki napisane przez naszych sąsiadów. Może nie przedostały się one do zbiorowej świadomości Polaków (smutna kwestia promocji), jednak ci bardziej wymagający czytelnicy raczej nie mogą mieć powodu do narzekania.

Kogo więc czyta się obecnie na Ukrainie? Wśród nazwisk popularnych autorów pojawia się  Lubko Deresz (w Polsce jego książki, m.in. Kult wydawał Prószyński i S-ka), Irena Karpa (jej Freud by płakał ukazał się w serii „Europejki” wydawnictwa Czarne), Serhij Żadan (na początku tego roku nakładem Czarnego ukazał się jego Woroszyłowgrad) oraz  Oksana Zabużko, której Muzeum porzuconych sekretów (W.A.B.) otrzymało w tym roku wspomnianą już nagrodę „Angelus”. Tak się więc składa, że książki popularne na Ukrainie pojawiają się z mniejszym lub większym poślizgiem również u nas.

Wybór nie jest mały, jednak zdecydowałam się na rozpoczęcie tej literackiej przygody z prozą pani Zabużko. Czytając jej 700(!)-stronicową powieść sprawdzam bowiem nie tylko jak i o czym pisze się na Ukrainie (wiem, że jedna książka nie prezentuje obiektywnie kondycji, w jakiej znajduje się literatura danego kraju, ale wydaje mi się, że ta dobrze oddaje pewne ciekawe trendy), ale również czy ów tom zasłużył sobie na wspomnianą nagrodę (pokonując m.in. Orłosia, Pilcha i Twardocha).

A czy wy mieliście kiedyś styczność z literaturą ukraińską?

Ps. Dziękuję mojej kochanej Roksolanie za pomoc merytoryczną.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wanna z kolumnadą

Filip Springer
wydawnictwo Czarne, 2013

Polski ład przestrzenny – temat rzeka i do całkiem dosłownie. Jeżeli popatrzymy na to, jak wygląda przestrzeń, która nas otacza, możemy śmiało stwierdzić, że jest ona równie dzika i nieuregulowana jak meandrujący ciek wodny. Nierzadko również staje się zanieczyszczona i zaniedbana, zostawiona na pastwę losu. Silniejszy strumień sobie poradzi, ten nieco mniejszy w końcu zanika – zupełnie jak ład przestrzenny, którego w wielu miejscach w naszym kraju po prostu nie ma.

W swojej najnowszej książce Filip Springer stara się z pomocą kilku reportaży wreszcie zwrócić naszą uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Próbuje znaleźć przyczyny zaistniałej sytuacji, opisać jej cechy charakterystyczne oraz w pewien sposób pragnie znaleźć rozwiązanie (chociaż sytuacja jest raczej beznadziejna).

No dobrze, ale o czym tak naprawdę mowa?

O developerach, którzy budują ekskluzywne osiedla na obrzeżach miast, często zapominając, że organizacja takiego obszaru nie ogranicza się jedynie do postawieniu kilku domów , lecz wymaga również zadbania o odpowiednią infrastrukturę. O dzielnych architektach, którzy wznoszą koszmarki (najczęściej restauracje, chociaż zdarzają się i domy jednorodzinne) udające coś, czym nie są (chaty wiejskie, młyny, piramidy, greckie świątynie, średniowieczne zamczyska, przaśne pałace – jak to mówią Anglicy the sky's the limit).

Wieża Eiffla wśród kombajnów (fot. Google Maps)

O kolorowych blokach innych budynkach użyteczności publicznej (zjawisko ochrzczone przez autora mianem pastelozy), których elewacje zdecydowanie mają przeciwny do zamierzonego wpływ na wygląd otoczenia (im więcej kolorów – tym lepiej. Nie ważne, czy do siebie pasują, czy też nie – ma być wesoło). Jest też słowo o wspomnianych już rzekach, o tym jak miasta zabijają coś, bez czego nigdy by nie powstały. Wystarczy spojrzeć na Warszawę, która wygląda tak, jakby bała się Wisły i odgradza się od niej murem chaszczy i krzaków. Dużo miejsca jest też poświęcone reklamie, chyba największej zmorze polskich miast (chociaż z moich własnych obserwacji wynika, że ta zaraza dociera również do tych najmniejszych wiosek). Dużo? To i tak jeszcze nie wszystko.

Co jest przyczyną tych wszystkich problemów? Wiele osób zrzuca tę eksplozję koloru i formy na PRL (tak jest wygodnie), w którym dominowała szarość betonu. Jest to sensowna teza, jednak:

a)Nie tylko w Polsce panowała taka moda (słyszał ktoś o brutalizmie?) a mimo to w innych krajach jakoś nikt nie ma genialnych pomysłów malowania budynków na różowo-błękitno-groszkowo (przynajmniej nie jest to dominujący trend).

b) Obecni 20-30-latkowie nie cierpią raczej z powodu traumy wywołanej szarością poprzedniego ustroju, a jednak niektórzy z nich nie widzą nic złego w stawianiu kiczowatych budynków zupełnie nie mających niczego wspólnego z otoczeniem (zróbmy elewację à la wiejska chata – będzie ciekawie wyglądać na tle tych secesyjnych kamieniczek) lub wyglądają po prostu źle(zróbmy jasnoczerwony dach i rzućmy ciemnozielony tynk – będzie fajnie).

c) Czy w PRL-u było naprawdę tak szaro? Ponieważ jako przedstawicielka rocznika ’89 niewiele wiem na ten temat, spytałam się o to mojej mamy. Ona skwitowała to w następujący sposób: „To, że wtedy był szary papier toaletowy, nie znaczy, że wszystko było szare.”. Jako przykład podała łódzkie murale (nie mylić z tymi, które powstają tam obecnie), które raczej nie narzekały na brak koloru.


Poza tym wystarczy spojrzeć na inne budynki powstałe w dobie modernizmu – może są szare, ale czy ich forma jest nijaka?

Słynne wrocławskie sedesowce na osiedlu Plac Grunwaldzki

Swoją droga to zabawne, ze ludzie na widok takiego budynku wykrzywiają twarz i mówią „Ale brzydactwo!” (w domyśle – wyburzmy go i postawmy na jego miejscu jakąś nową galerię handlową), a nie widzą nic złego tych współczesnych budynkach.

Springer we wstępie również odrzuca tezę odreagowania PRL-u za pomocą kiczu, natomiast zrzuca zaistniałą sytuację na stan polskiej edukacji plastycznej. Autor twierdzi, że nie pamięta swoich zajęć z plastyki, nieco później podaje również statystyki, które wyraźnie pokazują, że w Polsce zdecydowanie mniej przywiązuje się wagi do tych zajęć, niż w innych krajach europejskich. Myślę, że jednak to nie liczba godzin jest istotna, ale sposób, w jaki odbywają się te zajęcia i co faktycznie się z nich wynosi (oprócz teczki pełnej szkiców martwej natury).

Więc jak temu zaradzić?

Springer w swojej książce podaje przykłady ludzi, którzy próbują angażować się w przywracanie ładu w polskiej przestrzeni, jednak równocześnie pokazuje, że nawet najszlachetniejsze idee nie spotykają się z życzliwą akceptacją innych i w rezultacie nigdy nie zostają wcielone w życie. Sam autor nie pozostaje biernym obserwatorem, również próbuje interweniować, jednak w rezultacie i tak górą pozostaje siła pieniądza. Sam fakt publikacji i promocji Wanny z kolumnadą nieco poruszył mediami, które zaczęły wreszcie wyrażać troskę o przestrzeń, w której żyjemy. Czy to jest zapowiedź nagłej zmiany? Niestety, za miesiąc będzie się już mówić i pisać o czymś zupełnie innym, a jak w Polsce brzydko było, tak nadal będzie.

Zwykliśmy mówić, że wszystko to, co złego dzieje się w polskiej przestrzeni, to wina PRL-u a co za tym idzie – Rosji. Wkraczając w erę kapitalizmu za wzór przyjęliśmy sobie USA, co widać nawet na poniższym przykładzie:


LAS VEGAS (fot. Wikipedia)

BOLESŁAWIEC (fot.Filip Springer)

Czy zaśmiecony obszar USA jest aby dobrym przykładem do naśladowania? A może zamiast uczyć się od Las Vegas, powinniśmy spojrzeć na rosyjski Petersburg, gdzie zgodnie z obecnymi przepisami, w centrum nie mogą powstawać żadne wysokie budowle? Gdzie wszystkie rzeki i kanały stanowią integralną cześć miasta i nadal spełniają swoje funkcje transportowe (i nie chodzi wcale tylko o transport turystów)? Gdzie większość budowli utrzymana jest w zbliżonym stylu architektonicznym,a elewacje mają przyjazne dla oka kolory? Owszem, wymaga to nakładu dużej kwoty pieniędzy, ale jestem przekonana, że miasto dzięki temu zarabia. I to wcale niemało.

I jeszcze jedno – bloków wcale nie wymyślili Rosjanie, tylko sam Le Corbusier (tzw. papież modernizmu). Oczywiście jego Unité d'Habitation wyglądała nieco inaczej i stała za nią bardzo rozbudowana filozofia, jednak to on, nie nasi wschodni bracia, wpadł na ten pomysł pierwszy.




Wracając do książki (obiecywałam sobie, że skupię się wyłącznie na jej treści, bez żadnych osobistych uwag – nie wyszło) – gorącą ją wszystkim polecam. Springer pisze dobrze i wyjątkowo ciekawie (trudno się oderwać od lektury), a książka jest również naprawdę dobrze wydana (i ma dużą czcionkę, co jest ostatnio rzadkością, jeśli chodzi o wydawnictwo Czarne).

Powinni po nią sięgnąć wszyscy. Przeczytać, przemyśleć i zacząć dbać o przestrzeń w której żyjemy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...