środa, 30 października 2013

O smutnej literaturze polskiej



Przede mną lektura kolejnego tomiku poezji - Głosów Jana Polkowskiego. Z pierwszego, pobieżnego nieco, przekartkowania wynika, że po raz kolejny cofamy się w czasie i wspominamy chwile, w których w Polsce działo się źle a trup słał się gęsto (no, prawie). Tym razem wiersze zostały poświęcone już nie ofiarom II Wojny Światowej, lecz tym zamordowanym na Wybrzeżu w 1970 roku. Zawsze to jakaś odmiana.

Od razu nasuwa się pytanie: czy w Polsce nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do przeszłości? W dodatku przeważnie wspominamy te czasy, w których Polska nie była najbardziej komfortowym do życia miejscem w Europie. Specjalizujemy się w przedstawianiu okrucieństw wojen, mordów i eksterminacji. Do tych nieco bardziej pogodnych momentów nie wracamy już tak często. Było minęło, przeszło bez echa.

Gdy o wojnie pisały pokolenia, które na własnej skórze doświadczyły jej okrucieństwa, było to zupełnie zrozumiałe. Trzeba było jakoś to odreagować a przy okazji dać świadectwo innym. Jednak minęło już tyle lat, a temat wojny wciąż powraca w kolejnych tekstach literackich, tym razem autorstwa młodego pokolenia. Większość co prawda próbuje przedstawić tę historię na nowo, uwidocznić te niewygodne fakty, jednak pomimo ich wysiłków echo Polski – Chrystusa narodów wciąż pobrzmiewa między wierszami ich tekstów.

Pojawiają się również, jak w przypadku Głosów, utwory mierzące się z tragicznymi wydarzeniami z okresu PRL-u. Kto wie, może wkrótce, z braku bieżących tragedii, uwidoczni się w literaturze wątek smoleński? A może to najmłodsze pokolenie urodzone w latach 90. uzna, że pora zerwać z tymi ponurymi wspominkami i rozpocznie zupełnie  trend w literaturze?

Czy to jest w ogóle możliwe?

A może wcale nie jesteśmy w tym pisaniu odosobnieni i literaci w innych państwach poświęcają tej tematyce równe dużo miejsca?

W końcu nie jesteśmy jedynym państwem na świecie, w którym kiedyś działo się źle. Chociaż niektórym ciężko w to uwierzyć, to inni mieli jeszcze gorzej.

Żeby nie było wątpliwości: osobiście mi ten wątek w literaturze nie przeszkadza, jednak wyznaję zasadę, że jednak co za dużo, to niezdrowo.

piątek, 25 października 2013

Słowo o przestrzeni



Czy jesteście zadowoleni z wyglądu otoczenia, w którym mieszkacie? Ja swojemu nie mam nic do zarzucenia, wygląda ono mniej więcej tak:



(no dobrze, nie zawsze jest tęcza)

Mam to szczęście, że nie dość, że mieszkam na wsi, to jeszcze mieszkam na jej obrzeżach. Niestety, wystarczy, że ruszę się do większego skupiska domów i już włos mi się na głowie jeży. Brzydota dotknęła już nawet najmniejsze miejscowości, w których dumni właściciele pokrywają swoje domy tynkiem w kolorach, od których oczy bolą. W nowym budownictwie ci mniej tradycyjni (i bardziej majętni) fundują sobie klatki schodowe w kształcie wieży zamkowej oraz koniecznie lwy siedzące na ogrodzeniu. Po podwórku przechadza się bocian, obok stoi nieco wyblakły już krasnal w towarzystwie gipsowej Wenus z Milo. Jedni nazywają to eklektyzmem, inni kiczem.

W miastach jest niestety jeszcze gorzej. O ile przestrzeń wiejska cierpi z powodu fantazji właściciela danego podwórka (który w głównej mierze szkodzi samemu sobie), to w większych miejscowościach naruszana jest estetyka przestrzeni wspólnej. Nad miasteczkiem królują zielonkawo-niebieskawo-żółtawo-różowawe bloki (najlepiej wszystkie kolory zmieszać razem – będzie weselej!)usiłujące swoją pstrokatością zakryć zaniedbane i zrujnowane pozostałości architektury PRL-u. Budynki zasłaniane są wielkimi siatkami reklamującymi najbardziej rozpoznawalne marki, sklepy pooklejane są swoimi własnymi reklamami (a nuż ktoś przegapiłby gigantyczny szyld!), z przystanków tramwajowych smętnie zwisają wydrukowane ogłoszenia (kredyty, korepetycje, sprzedaż kurek niosek), z siatek przegradzających tory spoglądają ogłoszenia szkół językowych i domów pogrzebowych. Każda firma chce pokazać swój indywidualizm, stąd brak cech wspólnych z otaczającym ją kontekstem przestrzeni miejskiej. Im więcej firm podąży tą drogą, tym większy ból głowy.


Łódź - ulica Piotrkowska (fot. własna)

Wyjedźmy za miasto i wybierzmy się na przejażdżkę jakąś drogą krajową (nie, trasy szybkiego ruchu i autostrady omijajmy szerokim łukiem – tam są ekrany akustyczne) i popatrzmy na krajobraz. Co widzimy? Las. A za lasem? Łąka. A przy drodze? Bilbordy. Szyldy. Oklejone tablicami płoty gospodarstw. Ba, już niektórzy właściciele zdecydowali się ozdobić ściany swoich domów barwnymi mozaikami ofert reklamowych. Kostka brukowa, usługi pogrzebowe (znowu!), okna, drzwi, pończochy. Wszędzie oczywiście wypisane adresy i numery telefonów, które każdy kierowca z pewnością zapamięta, lub co sprytniejszy może nawet i zapisze w telefonie. Mijamy domy i naszym oczom ukazuje się wielki młyn usytułowany na dachu wiejskiej chaty. Chociaż nie! Wiejska chata jest tylko od frontu, całość jest jak najbardziej murowanym budynkiem pokrytym pięknym, zielonym tynkiem.


okolice Piotrkowa Trybunalskiego (fot. Google maps)

Wystarczy.

W Polsce mamy problem z przestrzenią publiczną i to niestety nie jest tylko opinia wiecznie narzekających malkontentów. Wszystkie opisane powyżej zjawiska są niestety prawdziwe i chociaż mogą śmieszyć, to jednak jest to śmiech przez łzy.

Jakiś czas temu wspominałam o książce Roberta Venturi (Uczyć się od Las Vegas), który opisywał podobne zjawiska zaistniałe w wymienionym w tytule mieście w latach 60. minionego wieku. Jej lektura bardzo mnie zaciekawiła, dlatego z ciekawością sięgam po najnowszą książkę Filipa Springera.Już po pierwszych kilku stronach wiem, że będzie to lektura ciekawa i niestety bolesna - zwłaszcza, że wyjątkowo dużo w niej Łodzi, której faktycznie do piękności daleko (chociaż ta sytuacja zaczyna się powoli poprawiać).

Polska może się pochwalić tym, że uczyła się od Las Vagas, chociaż chyba troszkę nie uważała na wykładach. Bo w naszym kraju nie jest ‘zwyczajnie i brzydko’, tylko ‘osobliwie i kiczowato’.


Łódź - ulica Piotrkowska (fot. własna)

c.d.n.

środa, 23 października 2013

Pełna krew


Łukasz Jarosz
Wydawnictwo Znak, 2012

Kim jest Łukasz Jarosz? No właśnie, przeciętny czytelnik raczej bezradnie wzruszy ramionami słysząc takie pytanie*. Jest poetą. Przeciętny czytelnik wyda z siebie cichutkie ‘aha’, po czym oddali się w bliżej nieznanym kierunku. Ja, jako jedna z tych przeciętnych, udałam się w kierunku biblioteki, gdzie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znalazłam Pełną krew – szósty tomik poetycki wspomnianego autora, nominowany do Nagrody Wisławy Szymborskiej oraz finalista Orfeusza. Nie dbając o zapoznanie się z jakąkolwiek notą biograficzną autora przed rozpoczęciem lektury (nigdy tego nie robię, nie lubię spoilerów a fakty z życia autora niekiedy również do nich należą) z ciekawością zabrałam się do lektury. W życiorys autora spojrzałam dopiero po przeczytaniu wszystkich 46 wierszy, chociaż nie było to wcale konieczne.
Pełna krew - Jarosz Łukasz 
Pełna krew to tomik na wskroś osobisty. To nie żadna liryka maski, nikt też nie otacza się murem skomplikowanych metafor. Jarosz w wierszach umieszcza swoich najbliższych, pojawia się postać matki (Wiersz dla mojej matki), żony oraz córki. Jeden wiersz poświęcił ‘pamięci mojej babki, Felicji Libudy’ (Długa podróż), w innych pojawiają się również przyjaciele oraz sąsiedzi. W rezultacie tworzy swój własny świat, mikrokosmos, którym chętnie się z nami dzieli. Dużą rolę odgrywa również miejsce zamieszkania poety, praktycznie przez całą lekturę czuć obecność wsi, z poszczególnych wersów wychylają się mniej lub bardziej sentymentalne obrazy poświęcone otaczającej go okolicy,  pozbawione zbędnych gloryfikacji czy peanów. Momentami czułam się, jakbym czytała zamkniętą w formie wierszy prozę Myśliwskiego – podobnie refleksyjną, tylko nieco smutniejszą. Dlatego też na mojej twarzy pojawił się uśmiech, gdy na stronie nr 33 zobaczyłam cytat z Nagiego sadu. Tym razem moja intuicja była nieomylna.

Autor nie skupia się jednak wyłącznie na teraźniejszości. Czasami cofa się do czasów swojej młodości, wspomina dawnych znajomych oraz pewne zdarzenia (jak chociażby zbieranie buraków pastewnych w Ziemi). A co gdyby zrobić krok dalej (lub raczej wstecz) i powspominać wciąż tak atrakcyjne dla liryki czasy wojny? Powstaje problem, bo przecież ten wciąż młody  (rocznik 1978) poeta nie pamięta tego, co działo się w czasie wojennej zawieruchy. Tutaj na pomoc przychodzi stary sąsiad, prawdopodobnie były partyzant, i jego opowiadanie zawarte w pięciu krótkich, aczkolwiek wyrazistych wierszach. Pojawia się również spisana relacja babci autora - przerażająca historia głodu i rzezi na Ukrainie. Długa podróż, bo właśnie o tym wierszu mowa, zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych utworów zebranych w tomiku, nie tylko pod względem długości, ale również mocy oddziaływania na czytelnika. Czasem by opowiedzieć historię nie potrzeba zbyt wielu słów, wystarczą migawki, fragmenty wspomnień.

Jedną rzecz należy jednak doprecyzować: Pełna krew jest tomikiem, który mówi o wojnie oraz zawiera kilka mniej przyjaznych dla oka obrazów, jednak nie są to teksty doszczętnie pozbawione nadziei, nie wszystkie wiersze można określić stwierdzeniem ‘straszne i smutne’. Owszem, pojawia się tutaj śmierć i często jest bardzo refleksyjnie, jednak u Jarosza czasem przez ciemne chmury przebija optymistyczne słońce. Może nie uśmiecha się ono od ucha do ucha, jednak emituje przyjemne ciepło.



Najnowszy tomik Łukasza Jarosza jest wypełniony utworami z których płynie spokój i zaduma. To pisanie trochę w starym stylu, zwięźle i spokojnie, zamiast szokować, skłania do refleksji. A gdyby tego było mało, to całość dzięki sprawnemu warsztatowi autora prezentuje naprawdę dobry poziom.

Aż ciężko uwierzyć, że, jak podaje nota biograficzna, autor jest perkusista w zespole metalowym (Chaotic Splutter). Tego z jego wierszy nie udało mi się wyczytać. I chyba tego nie żałuję.

*Fani sportu krzykną ‘kick-bokser i karateka’! Jednak nie, nie o tego pana tutaj chodzi.

wtorek, 22 października 2013

Jakuck


Michał Książek
Wydawnictwo Czarne, 2013

Jakuck - Książek MichałJakucja (Republika Sacha). Kraina położona w północno-wschodniej Rosji, o powierzchni dziesięć razy większej od Polski. Zamieszkana głównie nie przez Rosjan, ale przez autochtonów (Jakutów), którzy jednak w dużej mierze porzucili swój własny język (jakucki) na rzecz tego urzędowego (rosyjskiego). Żyją oni w mało przyjaznych warunkach atmosferycznych, w których zimą temperatury spadają nawet do -72,2°C a całe miasto spowija gęsta mgła. Chociaż znajdują się tutaj kopalnie diamentów i złota, to jednak standard życia przeciętnego mieszkańca nie plasuje się zbyt wysoko. Jakuck, stolica regionu, jest najbardziej zaludnionym miejscem na terenie republiki. W Polsce na jeden kilometr kwadratowy przypadają 123 osoby, w Jakucji – 0,3. Śnieg, mgła, pustka.

Wszystko to opisuje Michał Książek w Jakucku, książce, która nieco wymyka się formie tradycyjnego reportażu. Wystarczy spojrzeć na podtytuł Słownik miejsca. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z uporządkowanym leksykonem? Tytuły poszczególnych rozdziałów natomiast niemal natychmiast przywodzą na myśl dziennik. To co to tak właściwie jest? No cóż, Książkowi udało się zgrabnie połączyć ze sobą wszystkie powyższe formy. I tak kolejne rozdziały są ubrane w formę dziennika z osobistymi uwagami autora oraz wtrąceniami w postaci małych słowniczków mowy jakuckiej, które ściśle korespondują z danym fragmentem opowieści, która wciąż zawiera elementy reportażu. Brzmi skomplikowanie, za to czyta się świetnie.



Ta złożoność nie jest widoczna jedynie w formie książki, jest również obecna w jej treści. Dla mnie Jakuck to swoiste kompendium wiedzy o tym mieście oraz o otaczającej go okolicy. Znajdziemy tutaj wszystko: historię tego miejsca oraz mieszkających tam ludów (warto wspomnieć, że oprócz Jakutów i Rosjan możemy tutaj spotkać chociażby Ewenków). Bardzo dokładnie zostaje oddana topografia miasta, jego zabytki orz zagospodarowanie przestrzenne. W czasie lektury tych fragmentów można odnieść wrażenie, że jesteśmy turystami a autor przewodnikiem miejskim, który dzielnie oprowadza nas po uliczkach Jakucka. Jednak motywem, który najczęściej powraca w książce, oprócz języka oraz wszechobecnego zimna, to przyroda: lokalne ptactwo, owady (zwłaszcza pluskwy), konie, czy snujące się po ulicach psy.

Jedyny aspekt który został nieco przemilczany w tej książce to polityka. Owszem, znajdziemy kilka wzmianek dotyczących wpływu decyzji władz państwowych na życie mieszkańców, jednak w przeciwieństwie do innych reportaży, to nie one stanowią trzon całej opowieści. Moskwa w Jakucku pojawia się bardzo rzadko, co jest zresztą całkiem zrozumiałe – w końcu oba te miejsca dzieli ponad 8 tysięcy kilometrów (dla porównania – odległość pomiędzy Łodzią a Lizboną to nieco ponad 3 tysiące kilometrów).

Jak już wspomniałam, Jakuck to również podróż w czasie i to nie jedynie pod względem nakreślenia odpowiednio skondensowanej przeszłości historycznej. Znajdziemy tutaj również próby podróży śladami innych Polaków, którzy w pewnym stopniu zapisali się na kartach miejscowej historii. To przede wszystkim Wacław Sieroszewski, autor Dwunastu lat w krajów Jakutów – książki, która podjęła próbę opisania tej krainy i która w znaczny sposób wpłynęła na twórczość Michała Książka. To właśnie śladów Sieroszewskiego poszukuje autor przekopując się przez potężne archiwa oraz snując się po Jakucji z nadzieją na odnalezienie śladów jego pobytu. Pojawia się tutaj również Edward Piekarski, autor słownika języka jakuckiego, który zapewne również stanowił inspirację dla autora Jakucka. Warto dodać, że obaj panowie nie trafili na teren Jakucji z własnej woli, lecz ich pobyt w tej części Rosji był efektem dziewiętnastowiecznych zsyłek.

Jakuck to książka, która zawiera ogrom wiadomości na temat tego miejsca, jednak wciąż nie wyczerpuje tego tematu. Oczywiście przedstawione tutaj informacje są bardzo zwięzłe i nieco wybiórcze, jednak w końcu intencją autora nie było stworzenie leksykonu ani prawdziwego słownika, a jedynie nakreślenie kilku istotnych spraw za pomocą zapisków ze swojego pobytu w tym kraju.  Zamiast statystyk otrzymamy za to bardzo zgrabnie poprowadzoną narrację, lekką i pozbawioną patosu. Książka wprost stworzona dla każdego czytelnika (pod warunkiem, że czytelnik ów posiada dobry wzrok, albo czytnik ebooków – Czarne znowu zaszalało z rozmiarem czcionki).

I tak jak Michał Książek jadąc do Jakucji zabrał do plecaka Dwanaście lat w kraju Jakutów, tak w moim na pewno znalazłby się Jakuck.

niedziela, 20 października 2013

W poszukiwaniu dobrej poezji



Dzisiaj również będę was namawiać do czytania poezji.

Gdy jakiś czas temu snułam moje rozmyślania na temat poezji, porównałam ją to kubka małej kawy z McDonald’s. Doszłam do wniosku, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu czytanie poezji jawiło się jako uczta dla ducha, odbywało się w niezwykle romantycznej scenerii, wymagało specjalnego rodzaju skupienia, kontemplacji. Natomiast poezję współczesną można śmiało przeczytać w wypełnionym hałasem barze fast-food. Kunszt, duchowość gdzieś przeminęły.

Myliłam się. I to bardzo.

Współcześni Polscy poeci również mają coś do zaoferowania i niekoniecznie jest to tylko pusty krzyk, mało wysublimowane erotyki, czy tematyka rodem z tekstów utworów hip-hopowych. Ot chociażby Pełna Krew Łukasza Jarosza - zaczęłam czytać ją w czasie porannej kawy i okazało się, że zebrane tam wiersze zupełnie nijak mają się ani do taniej kawy, ani do otaczającego mnie wówczas hałasu.

Ale gdzie ich znaleźć?

Jeśli mamy coś znaleźć, to oczywiście pierwsze co robimy, to wpisujemy pożądaną frazę w okienko wyszukiwarki. W tym przypadku sprawy jednak nieco się komplikują. Jak wspominałam już wiele razy, w Polce więcej osób pisze wiersze, niż je czyta. Nie łudźmy się, nie każdy autor wierszy jest poetą, nie każdy ma do tego talent i większość z tych osób nie powinna się tym zajmować. Pół biedy, jeśli takie osoby piszą na własny użytek, jednak obecnie wszyscy czują potrzebę dzielenia się swoimi dziełami z innymi. Jak grzyby po deszczu wyrastają portale oraz fora, gdzie nasi początkujący autorzy mogą prezentować efekty swoich prac. Ostrzegam przed rozpoczynaniem swojej przygody z poezją od tego typu miejsc, ponieważ: a) ilość zamieszczonych tam wierszy może przyprawić o ból głowy, b) zdecydowana większość z nich prezentuje naprawdę niski poziom (albo są to wiersze w stylu „na górze róże, na dole fiołki”, albo następuje przerost formy nad treścią), c) naprawdę dobrzy poeci raczej nie publikują swoich wierszy w takich miejscach.

To gdzie w takim razie szukać dobrych wierszy?

Warto zapoznać się z ofertami wydawnictw (chociażby a5, Biuro Literackie, Mamiko, Znak) – o ile na forach nikt zbytnio nie przejmuje się jakością publikowanych prac, tak w tym przypadku odbywa się pewna selekcja. W końcu dobrze prosperujące wydawnictwo, nie pozwoli sobie na wydanie jakiegoś bubla (no dobrze, czasem się to zdarza – ale rzadko). Od razu możemy zapoznać się z krótkim opisem, czasami udostępnionych zostaje kilka wierszy, zamieszczane są opinie i recenzje.

Wiersze zamieszczane są również w czasopismach literackich, takich jak Topos czy Zeszyty Poetyckie. Ten pierwszy to dwumiesięcznik, do którego dodawane są tomiki poezji. Drugi to nieregularnik, nie jestem pewna, czy nadal wychodzi w tradycyjnej papierowej formie, ale dużo ciekawych tekstów można wciąż znaleźć na ich stronie internetowej.

Dla tych, którzy lubią bardziej ‘namacalny’ kontakt z książką, dobrym wyjściem jest spacer do księgarni, może być nawet Empik. Nie znajdziemy w takich miejscach niczego odkrywczego, stawia się tam raczej na znane i rozpoznawalne nazwiska. Na półkach jest sporo wielkich poetów poprzedniej generacji (Miłosz, Herbert, Szymborska), kilkoro młodych, ale docenionych już autorów (Bargielska, Dehnel) oraz powiew poezji zagraniczne (od Szekspira po Audena).

Tym, którzy jednak wolą kolekcjonować nieoszlifowane diamenty, polecam natomiast  odszukanie lokalnej instytucji zajmującej się publikacją tomików poetyckich (bardzo często działają one przy bibliotekach) i zapoznanie się z ich ofertą. Oczywiście tutaj pojawia się już większe ryzyko trafienia na jakiś mniej trafiony produkt, jednak czasem watro próbować. Istnieje również duża szansa poznania autora osobiście w trakcie organizowanych spotkań autorskich czy wieczorków poetyckich.

Życzę wam udanych poszukiwań. Mam nadzieję, że okażą się owocne i wkrótce doczekam się waszych wrażeń z lektury dowolnego tomiku poetyckiego. Powodzenia!

sobota, 19 października 2013

Literacka Nagroda Europy Środkowej Angelus 2013

Właśnie odbyła się gala Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2013. W tym roku główną nagrodę zdobyła:




Oksana Zabużko
Muzeum porzuconych sekretów
tłum. Katarzyna Kotyńska
(W.A.B.)

Oksana Zabużko to ukraińska pisarka, poetka i eseistka, autorka m.in. powieści Badania terenowe nad ukraińskim seksem oraz zbioru opowiadań Siostro, siostro.

Jej najnowsza powieść Muzeum porzuconych sekretów to, jak określa wydawca, książka o miłości, pamięci i tożsamości. Została ona doceniona nie tylko w Polsce, w ojczyźnie Zabużko uhonorowana została tytułem Ukraińskiej Książki roku 2010.

Pozostali nominowani:

Jerzy Pilch Dziennik (Wielka Litera)
Szczepan Twardoch Morfina (Wydawnictwo Literackie)
Ludmiła Pietruszewska Jest noc, tłum. Jerzy Czech (Wydawnictwo Czarne)
Karl-Markus Gauss W gąszczu metropolii, tłum. Sława Lisiecka (Wydawnictwo Czarne)
Andrzej Stasiuk Grochów (Wydawnictwo Czarne)
Kazimierz Orłoś Dom pod Lutnią (Wydawnictwo Literackie)

To ciekawe, że po raz kolejny Angelus nie powędrował w ręce pisarza polskiego. Albo Polska chce być miła dla obcokrajowców, albo ich dzieła po prostu prezentują znacznie lepszy poziom od naszej rodzimej literatury. No cóż, z bólem serca skłaniam się jednak ku tej drugiej opcji.

piątek, 18 października 2013

Zamieć


Władimir Sorokin
Wydawnictwo Czarne, 2013

Czas na wrażenia z pierwszej książki przeczytanej w ramach „Szlaku literatury zagranicznej”.

Środek zimy. Całą okolicę pokryła gruba warstwa śniegu, wokół szaleje zamieć. Tymczasem w pewnej wiosce wybuchła zaraza, tajemnicza „czernucha” sieje tam niemałe spustoszenie. Na odsiecz przybywa doktor Płaton Iljicz Garin, posiadacz szczepionki, leku na rodzące się we wsi zło. Z pomocą chlebowoza Chrząkały i jego samopędu zamierza stawić czoło wszelkim niesprzyjającym warunkom atmosferycznym i dotrzeć do wioski na czas. Niestety, okazuje się być to trudniejsze, niż mu się wydaje. Po drodze przyjdzie mu się zmierzyć nie tylko z tytułową zamiecią lecz również z innymi przeciwnościami losu.

Zamieć - Sorokin WładimirStreszczenie fabuły zapowiada typową powieść drogi. Bohaterowie wyruszają w podróż w konkretnym celu (Garin w poczuciu obowiązku społecznego, Chrząkała niejako z musu), przeżywają rożne przygody, które mają na celu utrudnić im wypełnienie tej niezwykle ważnej misji. Nic specjalnego, to już było. Temat przerobiony wielokrotnie, ile można czytać o tym samym.

A gdyby tak odrobinę ubarwić tę historię? Gdyby tak dodać odrobinę baśniowego oniryzmu i całość osadzić w nurcie postmodernizmu? Może to by zadziałało?

Całość zaczyna się niewinnie. Choć nigdzie wyraźnie nie mamy zaznaczonego czasu akcji, z brzmienia języka, jakim posługują się główni bohaterowie, można się domyślić, że znaleźliśmy się na ziemiach XIX-wiecznej Rosji. Upewniamy się w tym twierdzeniu analizując postawę głównego bohatera, doktora Garina, który wraz ze swoimi szlachetnymi ideałami aż emanuje tokiem myślenia typowym dla ery pozytywizmu. Trwamy w tym przekonaniu przez pierwsze strony lektury, aż nagle poznajemy Chrząkałę i jego samopęd zaprzęgnięty w konie wielkości kuropatwy. To pierwszy bardzo istotny zwiastun, że mamy do czynienia z fikcją literacką, która nie ma zamiaru imitować prawdziwej historii. Nie, Sorokin tworzy swój własny świat, niezwykle złożony, nie poddający się żadnym klasyfikacją. W momencie, w którym pogodziliśmy się z tym, że mamy tutaj elementy baśni (karły, olbrzymy) zostajemy zaskoczeni przez obecność elektryczności i radio, w którym można oglądać wiadomości. Pójdźmy jednak o krok dalej a za rosyjskim folklorem i sygnałami nowoczesności znajdziemy futurystyczne narkotyki i nie mniej ciekawe skutki ich brania. Gdzieś tak mniej więcej w połowie książki czytelnik zaczyna wyraźnie odczuwać, że chociaż nasi bohaterowie wciąż pozostają w drodze, to jednak cel ten już nieco się rozmywa i traci na wadze.

Całość, oprócz ciekawej, choć nieco dziwnej historii, w dużym stopniu przesiąknięta jest typową rosyjskością. Już sama tytułowa zamieć przywodzi na myśl pokryty grubą warstwą śniegu rosyjski interior. Dorzućmy do tego alkohol, podążanie za głosem instynktów seksualnych oraz wymowne zakończenie całości. A to dopiero początek. Ci czytelnicy, którzy są dobrze zaznajomieni z literaturą rosyjską zauważą również wiele nawiązań do dzieł rodaków Sorokina.

Zamieć nie jest lekturą łatwą i ci mniej wytrwali mogą się nieco zniechęcić. Zupełnie jak nasi bohaterowie błądzą wśród zamieci, tak i my mamy prawo poczuć się lekko zdezorientowani i zagubieni w warstwie narracyjnej. Nie znajdziemy tutaj odpowiedzi na to, dlaczego radio z wizją wciąż pozostaje radiem, a nie telewizorem. Nie wiemy, dlaczego część ludzi jest karłami, skąd wzięli się olbrzymi. Zupełnie jak we śnie – musimy po prostu te wszystkie anomalie uznać za oczywiste i dać się porwać Sorokinowi w tę szaloną drogę. 

Kierunek - Jakucja.



Wciąż pozostaję w klimatach rosyjskich, jednak tym razem z wyraźnym polskim akcentem.

Jeszcze kilka miesięcy temu, przy okazji lektury Nie ma jednej Rosji Barbary Włodarczyk, ubolewałam nad faktem, że w Polsce wydaje się dużo książek opowiadających o Rosji widzianej przez pryzmat Moskwy. To zupełnie tak, jakby pisać o Polsce skupiając się jedynie na Warszawie – absurdalne i zupełnie pozbawione sensu.
Całe szczęście nie musiałam długo czekać i na odsiecz przybył pan Michał Książek ze swoim Jakuckiem. Zostawiamy Moskwę daleko na zachodzie i przenosimy się niemal na przeciwległy koniec tego ogromnego kraju.

Ale!
Nie jest to bynajmniej moja pierwsza wyprawa (niestety jedynie literacka) na te tereny. Wcześniej był już Jacek Hugo-Bader i jego Dzienniki Kołymskie oraz genialne Imperium Kapuścińskiego. Doszłam do niezwykle odkrywczego wniosku, że jest to drugi, zaraz po Moskwie, rejon, który szczególnie upodobali sobie przez polscy pisarze/reporterzy. I w sumie wcale mnie to nie dziwi.



Jakucja znana jest głównie ze swojego ekstremalnego klimatu. Jest tam niebywale zimno – leżąca tam wioska Tomtor jest najzimniejszym miejscem na świecie stale zamieszkanym przez człowieka. Zimą temperatura może spaść tam nawet poniżej -70 stopni Celsiusa, natomiast latem zdarza się, że przekracza +30 stopni. Teren ten za sprawą swoich skrajnych warunków atmosferycznych stanowił również idealne miejsce zesłań skazańców, nic więc dziwnego, że w historii tego obszaru zapisało się kilka polskich nazwisk. Dzięki temu ten odległy zakątek Rosji staje się nieco bliższy naszemu polskiemu sercu i przez to nasi rodacy tak chętnie zapuszczają się w ten mroźne rejony.




Do tego dorzućmy jeszcze fakt, że rdzennymi mieszkańcami Jakucji są nie Rosjanie, a Jakuci, którzy mówią nie po Rosyjsku, a po Jakucku – mowie należącej do rodziny języków uralo-ałtajskich, które z etymologicznego punktu widzenie z Rosyjskim nie mają nic wspólnego. Oprócz Jakutów można tutaj spotkać również inne ludy, chociażby takie jak Ewenkowie, Ewenowie czy Jukagirzy – każde z własnym językiem, wierzeniami i kulturą.



Moim zdaniem to przede wszystkim właśnie ten fakt czyni Jakucję obszarem wartym opisania. Nie jest bowiem tajemnicą, że silne wpływy rosyjskie nie miały dobrego wpływu na trwałość tych kultur i niestety istnieje zagrożenie, że kiedyś te ludy do tego stopnia zasymilują się z dominującą społecznością Rosyjską, że ich język, tradycje i zwyczaje mogą z czasem zupełnie zaniknąć. Dlatego warto to wszystko udokumentować i pisać o tych regionach.

Tymczasem ja czekam na reportaże z pozostałych obszarów Rosji, historie przybliżające zamieszkałe tam ludy.

Żródła fotografii: 1, 2, 3

środa, 16 października 2013

Radości


Grzegorz Kwiatkowski
Biuro Literacki, 2013
Radości - Kwiatkowski Grzegorz 
Czas na ostatnie (przynajmniej na razie) spotkanie z poezją Grzegorza Kwiatkowskiego. Tym razem pod lupę wezmę jego najnowszy tomik, czyli wydane na początku tego roku Radości.

Na początku przypomnijmy sobie, jak wyglądała twórczość Kwiatkowskiego w trzech wcześniejszych tomikach: było smutno i przygnębiająco. Temat przewodni – śmierć, ból, okrucieństwo (zazwyczaj będące sprawką drugiego człowieka). Wiersze były napisane poprawnie, forma standardowa. Obyło się bez wielkich metafor rozmywających esencję wiersza, większość łatwo poddawała się interpretacji. Tak było kolejno w latach 2008, 2009, 2010

Czy w ciągu tych kilku lat coś się zmieniło?
Nie.
Przynajmniej nie drastycznie.

radości

wiosną wędrowaliśmy z bratem po lasach
żeby pozbierać i zakopać zdechłe sarny
które nie przeżyły zimy
albo wpadły w sidła
i wykrwawiły się

to były nasze najpiękniejsze lata:
taczka pełna sosnowych gałązek i smugi krwi
i uczucie radości po dobrze wykonanej robocie

Kwiatkowski nadal porusza tematy, które z jednej strony wydają się być specjalnością naszego narodu (i za które można zgarnąć naprawdę prestiżowe nagrody), natomiast z drugiej mogą nie przypaść do gustu tym wrażliwszym czytelnikom, którzy od wiersza oczekują piękna w jego klasycznej postaci. W nieco przewrotnie zatytułowanych Radościach nadal obracamy się w kręgu śmierci, brutalności, zahaczając również o wojnę i holocaust. Jednym słowem pod względem treści mamy kontynuację trylogii.

Buzia Wajner, ur. 1937 zm. 1943

miałam sześć lat kiedy mnie zabito
a moja siostra Szulamit lat cztery

po stracie rodziców włóczyłyśmy się w okolicach Rokitna:
nauczyłyśmy się spać na polu
a z czasem zakradałyśmy się do obory
i piłyśmy z sutków krowy mleko
nie miałyśmy kalendarza

więc nie wiedziałyśmy kiedy przypada data naszych urodzin
dlatego przez pomyłkę obchodziłyśmy na pewno więcej
niż raz w roku
to smutne święto

Podobieństwa do trylogii nie kończą się jedynie na tematyce utworów. Technicznie stanowią one również dalszy ciąg wcześniejszej twórczości Kwiatkowskiego. Podmiotem lirycznym jest nadal mniej lub bardziej anonimowa postać. Z tych bardziej znanych pojawia się tutaj chociażby Catherine Blake, żona Williama Blake’a, angielskiego poety doby romantyzmu. Spotkamy również dwóch skoczków narciarskich, tragicznie zmarłego Ernesta Beckera-Lee oraz trzykrotnego medalistę Waltera Steinera. W tytułach niektórych wierszy ponownie pojawiają się daty urodzin i śmierci, jest również znana z poprzednich tomików kolejna „lekcja estetyki”. Jednym słowem nadal poruszamy się znanymi ścieżkami wydeptanymi przez wcześniejsze utwory autora.

Moment. Czyli mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem?
Niezupełnie.

W Radościach znajdziemy więcej ‘ości’ niż w poprzednich tomikach Kwiatkowskiego (zwłaszcza w porównaniu z Przeprawą). Jest makabrycznie, znacznie bardziej okrutnie. Robiąc krótkie notatki* oddające moje odczucia towarzyszące każdemu z wierszy, częściej niż ‘smutne’ pojawiało się słowo ‘straszne’. Tak było chociażby w przypadku "Zajęcy", gdzie pojawiają się "skrwawione włosy matki / z odpryskami mózgu", Pisane autora staje się bardzo obrazowe, co w odniesieniu do poruszanej tematyki niesie za sobą niebezpieczeństwo podziwiania nieprzyjemnych widoków. Co staje się wyjątkowo groźne, gdy do głosu dochodzą nie tylko ofiary, ale również i oprawcy. Głosy nie opowiadają już historii lecz kładą nacisk na oddanie stanu wewnętrznego. Dlatego też zebrane tutaj wiersze nie są już tak dosłowne jak bywało to wcześniej (choć wciąż pozostają zrozumiałe) a ich forma uległa znacznej kondensacji.

Czy warto sięgnąć po Radości? Dla wielu czytelników temat śmierci czy wojny jawi się jako obszar do cna wyeksploatowany i po części mają oni rację – w końcu przez ostatnie 73 lata stanowił on ważny element składający się na całokształt polskiej sztuki (a może nawet jeszcze dużej, zwłaszcza, jeśli cofniemy się do czasów ‘Polski - Chrystusa narodów’). Nie dziwię się więc, że niektórzy chcą zamknąć ten rozdział, w końcu ile można pisać o tym samym. Kwiatkowski zalicza się jednak do tej grupy przedstawicieli świata sztuki, którzy nieco na przekór mówią, że można. Wystarczy tylko odrzucić patos i ton ‘bogoojczyźniany’, podejść do zagadnienia z nieco innej strony. Zgodnie z postanowieniami postmodernizmu wymknąć się wielkiej narracji po to, by wyrazić swój własny, odrębny głos.

A więc tak, po Radości warto sięgnąć. Są to wiersze okrutne, ale w dużym stopniu również prawdziwe (w końcu śmierć wcale nie jest tak piękna, jak próbowali nam to wmówić poeci wielu poprzednich generacji). Wiersze, w których autor prezentuje pewne kontrowersyjne sytuacje, jednak unika ich oceny – co bezsprzecznie jest jedną z największych zalet jego twórczości. Może nie jest to jeszcze poezja przez duże „P” i w niektórych miejscach pojawiają się jeszcze drobne zgrzyty, jednak mimo wszystko Radości są tomikiem, którego lektura wywiera na czytelniku wrażenie. A to jest chyba najważniejsze.**

Z niecierpliwością czekam na kolejny tomik Grzegorza Kowalskiego. Mam nadzieję, że autor nadal będzie rozwijał swój warsztat, bo w przeciwnym razie niestety może wpaść w sidła odgrzewanego kotleta. Konsekwencja w twórczości jest cechą pozytywną, choć niestety bywa również podstępna.

*Kolejna zaleta ebooków – po książkach papierowych nie śmiem pisać, natomiast w tym przypadku mogę zmazać do woli. I nie ograniczam się do słów i podkreśleń. W ten sposób Radości stały się tomikiem w pełni ilustrowanym (niestety, jakość tych ilustracji pozostawia wiele do życzenia).

**O ile nie jest to wrażenie typu „Co za gniot!” – w tedy autor nie ma niestety powodów do szczęścia.

wtorek, 15 października 2013

The Man Booker Prize 2013

Dzisiaj wręczono Nagrodę Bookera, która od 1969 roku jest przyznawana za najlepszą powieść angielskojęzyczną z ostatniego roku napisaną przez obywatela Wspólnoty Narodów lub Republiki Irlandii (od 2014 o nagrodę będą mogli się już ubiegać wszyscy anglojęzyczni pisarze, włączając Amerykanów). W tym roku szczęście (w postaci szanownego jury) uśmiechnęło się do:





Eleanor Catton
The Luminaries

Catton została najmłodszą (rocznik 1985) laureatką Nagrody Bookera. Urodziła się w Kanadzie, jednak wychowała się i do tej pory mieszka w Nowej Zelandii. The Luminaries to dopiero druga powieść jej autorstwa. Opowiada historię  Waltera Moody’ego, który w 1866 roku dorobił się fortuny na nowozelandzkich złożach złota i który przez przypadek zostaje uwikłany w serię niewyjaśnionych przestępstw: zniknięcie, próba samobójcza, odnalezienie ogromnej fortuny. Całość liczy jedyne 832 strony.

Pozostali nominowani:

    NoViolet Bulawayo - We Need New Names
    Jim Crace - Harvest
    Jhumpa Lahiri - The Lowland
    Ruth Ozeki - A Tale for the Time Being
    Colm Tóibín - The Testament of Mary

Jest niemal pewne, że zwycięska pozycja ukaże się w polskim przekładzie (tak dzieje się już od kilku lat, więc nie sądzę, żeby w przypadku The Luminaries było inaczej), co z resztą – nie wiadomo. Wszystkie powyższe pozycje dostępne są w wersji oryginalnej w Empiku, ich ceny wahają się od 45 do 74(!) zł.

poniedziałek, 14 października 2013

Nagroda im. Beaty Pawlak 2013

W tym roku Nagrodę im. Beaty Pawlak otrzymał:



WOJCIECH GÓRECKI ABCHAZJA
(Czarne)

Na liście nominowanych znaleźli się również:

Dorota Kozińska Dobra Pustynia ( W.A.B.)
Adam Leszczyński Zbawcy mórz (Wielka Litera)
Andrzej Muszyński, Południe (Czarne)
Maciej Wasielewski Jutro przyjedzie królowa (Czarne)
Krzysztof Środa Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych (Czarne)

Nagroda im. Beaty Pawlak, dziennikarki zmarłej w 2002 roku w wyniku zamachu terrorystycznego na wyspie Bali, to doroczna nagroda literacka dla autorów najlepszych publikacji (książek i artykułów) na temat innych kultur, religii i cywilizacji.


niedziela, 13 października 2013

Szlakiem literatury zagranicznej: przystanek #1 - Rosja



Czas wygrzebać się z tego polskiego grajdołka i ruszyć szlakiem literatury zagranicznej!

Ostatnio czytam głównie książki pochodzące z naszego rodzimego podwórka. Wiem już, nie wszystko tutaj prezentuje się na najwyższym poziomie, jednak nie jest wcale tak źle, jak to się zwykło mówić. Ale! Zazwyczaj te książki porównujemy do pozycji amerykańskich, ewentualnie brytyjskich. A co tym czasem słychać w innych krajach? Jaki poziom reprezentuje tamtejsza literatura? O czym piszą zagraniczni literaci?

Postaram się to zbadać.  W tym celu rozpoczynam wędrówkę literackimi szlakami całego świata. W ramach tego przedsięwzięcia postaram się przeczytać co najmniej po jednej książce z różnych zakątków naszego globu. Oczywiście idealnie byłoby przeczytać jedną pozycję z każdego kraju, jednak nie oszukujmy się – to raczej nie jest możliwe. Postaram się również sięgać wyłącznie po pozycje w miarę współczesne, tj. wydane co najmniej po 1950 roku (klasyków wszyscy znają, nie potrzeba tutaj ich ponownie odkrywać). Nie będę ograniczać się do jednego gatunku, w zależności od dostępności może być to poezja, powieść, reportaż etc.

Na pierwszy ogień poszedł jeden z moich ulubionych krajów:
ROSJA



Co wiemy o literaturze rosyjskiej? Był Puszkin, Dostojewski, Tołstoj, Gogol, Bułhakow, Czechow, Pasternak, Aleksander Sołżenicyn. Jest jeszcze Boris Akunin, który ze swoimi powieściami o zabarwieniu kryminalnym doskonale przyjął się w naszym kraju. Kto jeszcze? No właśnie, ci bardziej wtajemniczeni dorzucą jeszcze kilka nazwisk, pozostali skwitują to pytanie wymownym milczeniem.

Dołączenie do grona wtajemniczonych nie kosztuje wcale tak wiele. Wystarczy rzucić okiem na ofertę polskich wydawnictw i nagle okazuje się, że nie jest tak źle, jakby się to mogło wydawać.

Ja zaczynam od Władimira Sorokina i wydanej w tym roku przez wydawnictwo Czarne Zamieci, która w Rosji ukazała się trzy lata temu. Sorokin wydaje się dość dobrym wyborem, jest to postać, która często pojawia się w zestawieniach najpopularniejszych współczesnych pisarzy rosyjskich. Wielokrotnie nominowany i nagradzany (sama Zamieć jest laureatką Krajowej Nagrody Literackiej „Nowaja słowiesnost” oraz Nagrody Literackiej  „Bolszaja kniga”), autor powieści, dramatów, scenariuszy filmowy, związany z nurtem postmodernizmu.

Pierwsze wrażenie: jest nieco baśniowo, momentami nawet surrealistycznie. Trochę już się odzwyczaiłam od tego typu pisania, jednak nie jest tak ciężko, jak się spodziewałam.
Recenzja wkrótce.  

A czy wy macie jakiś swoich ulubionych pisarzy rosyjskich?

czwartek, 10 października 2013

Nagroda Nobla 2013


ALICE MUNRO

A więc bukmacherzy niewiele się pomylili.

Myślę, że werdykt chyba zadowolił większą ilość osób. Jest to decyzja w miarę neutralna w porównaniu z ewentualną wygraną faworyta bukmacherów (oj, ile się naczytałam tekstów krzyczących, że Murakami nie jest godny tak zaszczytnego wyróżnienia). Pani Munro raczej nie wzbudza kontrowersji, jest znana i ceniona a w dodatku ostatnio zdecydowała się przejść na emeryturę. Ot, taki miły prezent na odchodne.

Książki pani Munro są wydawane w Polsce przez wydawnictwo W.A.B., można je bez problemu zdobyć w większości księgarni. Jeśli ktoś chce się czegoś więcej dowiedzieć na temat twórczości tej kanadyjskiej pisarki, odsyłam na stronę Polskiego Radia - pan Michał Nogaś często wspomina o niej w swoich audycjach na antenie Trójki.

Osobiście nie miałam jeszcze okazji bliżej zapoznać się z twórczością świeżo upieczonej noblistki. Przez długi czas byłam przekonana, że pisze ona opowiadania zaliczane do nurtu literatury stricte kobiecej - oto jakie mylne wnioski można wyciągnąć osądzając książkę wyłącznie po jej okładce.

A co wy myślicie na temat tegorocznego werdyktu? Czytaliście jakieś książki pani Munro? Jeśli tak, to które polecacie?

środa, 9 października 2013

Nagroda Nobla 2013 wg bukmacherów

Fot. NYT

Już za ok. 16 godzin poznamy laureata tegorocznej Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Ponieważ lista nominowanych nazwisk jest ściśle tajna i może zostać podana do wiadomości publicznej dopiero po upływie 50 (!) lat od zapadnięcia werdyktu, całą swoją wiedzę opieramy na typowaniach bukmacherów. Jak prezentuje się pierwsza piętnastka na dzień przed ogłoszeniem werdyktu? Rzućmy okiem na propozycję portalu Ladbrokes:
  1. Haruki Murakami  (5/2)
  2. Alice Munro (4/1)
  3. Swiatłana Aleksijewicz (6/1)
  4. Joyce Carol Oates (8/1)
  5. Peter Nadas  (8/1)
  6. Jon Fosse (9/1)
  7. Ko Un  (10/1)
  8. Assia Djebar (12/1)
  9. Thomas Pynchon (12/1)
  10. Ngũgĩ wa Thiong'o (12/1)
  11. Adonis (14/1)
  12. Philip Roth  (16/1)
  13. Amos Oz  (16/1)
  14. Milan Kundera  (25/1)
  15. Umberto Eco  (25/1)
No cóż, jak zwykle obok nazwisk znanych dla polskiego czytelnika pojawiają się autorzy, których prace, albo nie przebiły się do szerszego grona odbiorców, albo nigdy nie zostały tutaj wydane. Co jeszcze można na ich temat powiedzieć? Troje z nich pochodzi z USA, Europa przestaje mieć miażdżącą przewagę nad pozostałymi kontynentami, pojawia się kilka nazwisk z Afryki czy z Bliskiego Wschodu. Przeważają prozaicy, co ciekawe  kilkoro z nich miało w przeszłości problemy z prawem (przeciwnicy systemu). Na nieco dalszych pozycjach znajdują się również takie sławy jak Salman Rushdie, Margaret Atwood, Ian McEwan, Julian Barnes, czy John Banville. A co z naszymi rodzimymi literatami? Na liście pojawia się Olga Tokarczuk oraz Adam Zagajewski (szansa w obu przypadkach to 100/1). Dobór nazwisk co najmniej zaskakujący.

No właśnie, w jakim stopniu można się sugerować tą listą? Bukmacherzy wiedzą, kto wygra? Przeczytali wszystkie te książki? Oczywiście, że nie. Prognozy w dużej mierze oparte są na badaniach outsourcingowych, bierze się pod uwagę ile i jak mówi się o danym autorze/autorce. Im więcej i pozytywniej, tym lepiej.

Tym bardziej dziwi pojawienie się Tokarczuk i Zagajewskiego na tej liście.

Dlatego też do takich zestawień warto podchodzić z dystansem. W końcu gusta nawet najbardziej renomowanych krytyków literackich i ilość zdobytych nagród nie zawsze idą w parze z decyzją kapituły.

Jak to już wielokrotnie wspominałam, trzymam kciuki za Amosa Oza, chociaż niestety już odrobinę bez przekonania.

Ps. Na liście tych potencjalnych laureatów pojawia się również Bob Dylan (50/1). Co prawda teksty jego piosenek są już powszechnie podciągane pod poezję (zwłaszcza te pierwsze protest songi), jednak osobiście, mimo że jego twórczość bardzo lubię, to uważam to za odrobinę niedorzeczne. No ale nigdy nic nie wiadomo.


wtorek, 8 października 2013

Cud


Ignacy Karpowicz
Wydawnictwo Literackie, 2013

Cud - Karpowicz IgnacyIgnacy Karpowicz niemało namieszał w tym roku w polskim świecie literackim. Jego ości pojawiały się na najlepszych miejscach w księgarniach a on sam gościł w licznych audycjach radiowych* opowiadając o swojej najnowszej prozie. Dziennikarze zasypywali go komplementami, czytelnicy również wychwalali pod niebiosa. Nic więc dziwnego, że Wydawnictwo Literackie zdecydowało się na ponowne wydanie wcześniejszych książek Karpowicza - w końcu trzeba kłuć żelazo, póki gorące. Ja niedawno stałam się właścicielką  Cudu. Zabrałam się do tej lektury z pewną obawą – nigdy wcześniej nie czytałam Karpowicza, nie ufam też takim zbiorowym zachwytom. Po przemknięciu przez kilka pierwszych stron byłam już gotowa dołączyć do tłumu piewców znakomitości tego autora.

Cud to historia, która zaskakuje już od samego początku. Jej głównym bohaterem jest trup, który w zagadkowy sposób nie ulega procesom gnilnym. Mikołaj, bo tak ma na imię nasz denat, nie stygnie, wciąż zachowuje swój niepowtarzalny urok, któremu ulega odwożąca go do kostnicy Anna, atrakcyjna pani neurolog. Uczucie jest tak silne, że dziewczyna szybko wczuwa się w rolę jego dziewczyny, przenosi się do jego mieszkania, kontaktuje się z jego rodziną. Jak można łatwo się domyślić, nic dobrego z tego nie wyniknie, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę pozostałych bohaterów, których losy w dziwny sposób się ze sobą splatają, tworząc wiele sytuacji wypełnionych po brzegi absurdem.

Karpowicz nie pozwala czytelnikowi ani na chwilę nudy. Tempo akcji jest tutaj raczej szybkie, dzieje się dużo. Wydarzenia oczywiście są lekko oderwane od rzeczywistości (czego najlepszym przykładem jest sam tytułowy Cud), ciężko dopatrywać się logiki w postępowaniu bohaterów. Wszystko w tej książce dzieje się wyjątkowo spontanicznie i nierzadko nieco zaskakująco. Autor oczywiście nie ogranicza się jedynie do opowiadania lekkiej i ciekawej historii, w Cudzie co rusz natykamy się o smaczki w postaci przerysowania pewnych cech i zjawisk powszechnych wśród współczesnego społeczeństwa, jak chociażby  rola mediów. W końcu taki cud to nie lada gratka dla wszelkich brukowców, które coraz częściej urastają do rangi świętego pisma dla niejednego emeryta.

W Cudzie nie tylko fabuła stoi na naprawdę dobrym poziomie, tak naprawdę stanowi ona jedynie połowę sukcesu. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj styl Karpowicza, sposób w jaki przekazuje nam tą "cudowną" opowieść. Zabawa z konwencja i językiem, często nieco ironicznym i lekko kąśliwym. Wystarczy rzucić okiem chociażby na taki maleńki fragment:



Zmiana stylu następuje w rozdziałach opisujących cudowne narodziny i dzieciństwo Mikołaja. Tę historię autor podaje czytelnikowi w formie stylizowanej na tekst hagiograficzny, bogato czerpiąc z polskiej mowy staropolskiej. Osobiście ciężko było mi się przestawić na ten typ języka i początkowo nieco mi te fragmenty zawadzały, jednak gdzieś tak w połowie lektury wreszcie się do nich przekonałam i zaczęłam doceniać ich urok.

Karpowicz ze swoim pisaniem trafił w dobre miejsce na rynku książki. Z jednej strony jego lekkie i ciekawe teksty przypadną do gustu tym, którzy od literatury nie oczekują zbyt wiele, z drugiej strony dzięki niebanalnemu stylowi zadowolą również tych nieco bardziej wymagających. Co prawda nic nowego ona do naszego życia nie wniesie, nie będzie niczym odkrywczym, jednak zagwarantuje czytelnikowi kilka godzin naprawdę dobrej rozrywki.
Odstawiam tę pozycję na półkę zarezerwowaną dla książek-poprawiaczy humoru i oczywiście gorąco ją wam polecam. A do pana Karpowicza z przyjemnością jeszcze wrócę.

*Niestety, telewizja cały czas wyraźnie redukuje miejsce kultury na wizji na rzecz kolejnych seriali i talent-shows.

Małgorzata Kalicińska krytycznie o Nike


"Przeczytałam streszczenia – opisy książek nominowanych do nagrody Nike i włos mi się zjeżył. Nominuje się i nagradza zazwyczaj książki bardzo określonego koloru i od kilku lat to kolor… szaroczarny. Odnoszę wrażenie, że wystarczy usiąść i skroplić najciemniejsze emocje w treść reportażu, powieści, opowiadania w sposób poprawny gramatycznie, dodać ciut polotu, i już zyskać akceptację jurorów."

W taki oto sposób Małgorzata Kalicińska, autorka bestselleru Dom nad Rozlewiskiem, skomentowała tegoroczną edycję Nike na swoim blogu. Ta błyskotliwa wypowiedź wywołała już niemałe poruszenie w świecie literatury. I wcale się temu nie dziwię.

To już nawet nie chodzi o to, że pani Kalicińskiej jest przykro, że jej książki nie zostały docenione przez krytyków. Gusta czytelników niestety nie pokrywają się z gustami krytyków i spora część populacji żeńskiej lubi czytać ckliwe historie o rozterkach sercowych innych kobiet. Krytycy jednak nie doceniają pozytywnego wydźwięku takich historii i wolą doceniać te, które mogą pochwalić się czymś więcej, niż tylko szerokim gronem odbiorców.
Co jest wyjątkowo uderzające w powyższej wypowiedzi to fakt, że pani Kalicińska wypowiada się krytycznie na temat książek, których nie przeczytała, co niestety widać. Owszem, wśród pozycji, które znalazły się w finale sporą część stanowiły książki o faktycznie mocnym wydźwięku (zwłaszcza Mokradełko). Jednak rzućmy okiem na Noc żywych Żydów – owszem, poruszany tam temat jest ważny i po przeczytaniu streszczenia faktycznie można odnieść wrażenie, że jest to książka mroczna i ciężka. W rzeczywistości otrzymujemy jednak powieść napisaną wyjątkowo lekko i w dodatku dość zabawnie. W Bach for my baby Bargielskiej, oprócz faktu posiadania kochanka, również nie znalazłam nic, co można by było odebrać jako coś wyjątkowo złego.

Pani Kalicińskiej gorąco polecam lekturę (całości, nie streszczenia) Pasji według św. Hanki Anny Janko. W końcu to też jest powieść, którą można śmiało zaliczyć do literatury typowo kobiecej, a jednak udało jej się znaleźć w gronie nominowanych. Można? Można, ale niestety wesoła historyjka nie wystarczy.

źródło

poniedziałek, 7 października 2013

Powinni się nie urodzić

Grzegorz Kwiatkowski
Off-Press, 2011


Słowo o trylogii.
Powinni się nie urodzić to tak naprawdę zbiór trzech tomików: „Przeprawy”, „Eine Kleine Todesmusik” oraz „Osłabić”. Całość została wydana w wersji dwujęzycznej (polsko-angielskiej) w ramach projektu mającego na celu przybliżenie twórczości polskich poetów czytelnikom zagranicznym. Czy poezja Kwiatkowskiego jest godnym reprezentantem naszego polskiego podwórka pełnego niespełnionych, aczkolwiek wyjątkowo ambitnych poetów?

migawki z BBC News
nosimy tweedowe marynarki
słuchamy jazzu
rozmawiamy o Miłoszu
który zmarł kilka miesięcy temu

surrealiści pisząc
o różowych fantasmagoriach
w malignie tworząc kaligramy
mieli jeszcze w oczach
gaz bojowy z pól Verdun
a my co najwyżej
migawki z BBC News
i filmy ze wspomnieniami
podstarzałych i wzruszonych
więźniów obozu Dachau
("Przeprawy")

Czytając ponownie ten bogaty zbiór utworów, starałam się niektóre z nich opisać przymiotnikami, oddającymi emocje towarzyszące mi w trakcie lektury. Statystycznie najczęściej pojawiały się słowa ‘smutne’ oraz ‘straszne’ i myślę, że to właśnie one najlepiej charakteryzują twórczość Kwiatkowskiego. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę (barwa dominująca – czerń), spojrzeć na tytuły zarówno kolejnych części, jak i całości (mało optymistyczny wydźwięk) – już te drobne, aczkolwiek niezwykle ważne akcenty, wskazują na to, że nie znajdziemy na kartach tej pozycji nic wesołego, ani tym bardziej śmiesznego. Autor zabiera nas w obszary, w których nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć, ani o których nie chcielibyśmy słyszeć. Śmierć, wojna, holocaust stanowią trzon tego zbioru. Świat opisywany przez Kwiatkowskiego jest po brzegi wypełniony pesymizmem. Nie ma tutaj historii z happy endem, większość z nich kończy się raczej tragicznie. Zamiast cukierkowej gloryfikacji miłości, dostajemy gorzką prawdę na temat ludzkiej mentalności.

autor II
kiedy żyłem w lesie malowałem lasy

kiedy żyłem nad brzegiem angielskich jezior
malowałem słońca chowające się
w jeziorach Little Tarn i Windermere

teraz żyję między wami
i jedyne co udaje mi się malować to śmierć

tak jest w istocie:
waszą istotą jest przede wszystkim umieranie
nieustające spalanie
nawet po rozpadzie ciała
bezlitosne
poniżające

tak jest w istocie:
waszą istotą jest przede wszystkim śmierć
("Osłabić")

Autor czasami próbuje prowokować, jednak w porównaniu z innymi poetami (ot chociażby z Jakuciem, którego miałam okazję ostatnio czytać) jego zaczepki są niezwykle subtelne. Kwiatkowski przede wszystkim opowiada historie, nie moralizuje na siłę, nie wzywa do zrywu. Nie podchodzi do opisywanych przez siebie tematów z patosem, prędzej można wyczuć w nich lekką ironię, czy naiwność. Z niektórych wierszy atakują nas obrazy makabryczne, czasami lekko odpychające. Ich natężenie zwiększa się z tomiku na tomik, im dalej, tym atmosfera staje się coraz bardziej gęsta i ponura, ciężka do zniesienia, lecz wciąż intrygująca i zachęcająca do dalszej lektury.

lekcja estetyki w dziecięcym pokoju
moje dziecko płonie
powinnam je zgasić
ale jest takie piękne
gdy płonie
("Przeprawy")

Chociaż cała trylogia utrzymana jest w tym samym ciężkim (i przykrym) nastroju, to jednak Kwiatkowski zadbał o to, żeby czytelnik się nie nudził. W zebranych tu wierszach nie uświadczymy zbyt wielu eksperymentów w sferze językowej, czy zabaw z formą (szkoda), jednak autor zastosował jeden trick, który uatrakcyjnia lekturę. I tak zamiast atakować czytelnika swoim osobistym 'ja' lirycznym, przeważnie oddaje on głos bohaterom swoich utworów. Czasami znamy ich z imienia i nazwiska, znamy ich daty urodzenia i śmierci. To właśnie te postaci w głównej mierze opowiadają swoje historie, stąd też brak patosu, czy moralizacji. Oprócz tych nieco bardziej anonimowych bohaterów, tu i ówdzie pojawiają się odniesienia do postaci powszechnie znanych, jak chociażby do tych z kart Starego Testamentu, Schopenhauera, czy dość ciekawa i odważna aluzja do Herbertowskiego Pana Cogito:

pan Cogito i litera Pisma
jest wojna i do pana Cogito przychodzą Niemcy
i pytają go czy ukrywa w piwnicy Żydów
a pan Cogito ponieważ ceni prawdę
a jego orężem nigdy nie jest kłamstwo
mówi:
w mojej piwnicy przechowuję piętnastu Żydów
w tym sześcioro dzieci dwóch mężczyzn
i siedem kobiet

ze ściany spada płat tynku
na korytarzu przepala się żarówka

a czarny kot
miłośnie zawodzi
i ociera się o nogawkę

pan Cogito schodzi do piwnicy
po nową żarówkę
a następnie wkręca ją
i zapala światło

i stoi w oknie
i widzi jak Niemcy
wyprowadzają żydowską rodzinę

a potem otwiera Pismo Święte
i zakreśla ołówkiem:
a mowa wasza
niech będzie prosta
tak tak
nie nie
("Eine Kleine Todesmusik")

Czy poezja pana Kwiatkowskiego może godnie reprezentować świat młodej poezji polskiej? No cóż, większość wierszy wchodzących w skład tego zbioru plasuje się na naprawdę dobrym poziomie, więc jeśli o to chodzi, to nie mamy najmniejszego powodu do wstydu. Poza tym autor oscyluje wokół tematyki uniwersalnej, która powinna być bez problemu zrozumiana przez każdego czytelnika, bez względu na jego pochodzenie. Pisze on w sposób niebanalny, jednak nie otacza swojej poezji murem, który uniemożliwiałby zrozumienie jego pisania. Jedyne, co może stać na przeszkodzie w lekturze utworów Kwiatkowskiego, to ich dość specyficzna tematyka. Mimo wszystko warto zapoznać się z jego twórczością i dobrze się stało, że te trzy części ukazały się pod postacią jednego wydawnictwa. W ten sposób wiersze uzupełniają się i stanowią jednolitą całość. Tylko ostrzegam – połknięcie wszystkich trzech tomików na raz, może wprowadzić was w stan lekkiego przygnębienia.

W dalszym ciągu zachęcam was do czytania poezji a na koniec, w ramach małej rozgrzewki, zostawiam was z następującym pytaniem.

narcyzm
Spinoza twierdził że nasza miłość do Boga
jest częścią nieskończonej miłości Boga do samego siebie
czy zatem nasza niewiara w Boga jest częścią
nieskończonej niewiary Boga w samego siebie?
("Przeprawy")

niedziela, 6 października 2013

Nike 2013

A jednak!
Laureatką nagrody NIKE 2013 zostaje:


Joanna Bator
Ciemno, prawie noc

Niektórzy lubią poezję – spróbuj i Ty.



Przerwa w pracy? Dlaczego nie poświęcić tej chwili wolnego czasu na odrobinę poezji?

Dziś ponownie sięgam po twórczość pana Grzegorza Kwiatkowskiego, tym razem jest to najnowszy tomik o wdzięcznej (aczkolwiek raczej nieco ironicznej) nazwie Radości. No cóż, podobnie jak w przypadku trylogii Powinni się nie urodzić (o której wkrótce jeszcze wspomnę), nie znajdziemy tutaj zbyt wielu podnoszących na duchu utworów. Zebrane w tym niewielkim tomiku wiersze są wyjątkowo gorzkie i bolesne. Wesoło nie jest, ale przecież nie o to w poezji chodzi. Ma być interesująco i na poziomie, mądrze, ale bez zbędnego patosu. Takie właśnie są Radości. No, może do perfekcji im jeszcze daleko, ale Kwiatkowski jest na dobrej drodze, żeby znaleźć się wśród najlepszych twórców młodego pokolenia (o ile już się tam nie znalazł - nie oszukujmy się, nie jest to aż takie trudne). Kto mi nie wierzy, niech posłucha opinii Filipa Łobodzińskiego (14:23).

Obszerniejsze wrażenia z lektury Radości wkrótce.

A tak zupełnie przy okazji: 1 października ruszył II etap kampanii „Niektórzy lubią poezję” realizowanej przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Może z tej okazji i wy sięgniecie po jakiś tomik? Poezja wcale nie jest trudna i mało zrozumiała, wystarczy tylko trafić na odpowiedniego autora, którego twórczość przypadnie nam do gustu. Skoro mi się to udało, to wy też dacie radę. Poszukacie w internecie, wybierzcie się na spacer do biblioteki lub księgarni. Obojętnie, czy będą to wielcy klasycy czy twórcy współcześni, poezja polska czy zagraniczna, wiersze miłosne czy poezja lingwistyczna - na pewno znajdziecie coś dla siebie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...