sobota, 28 września 2013

Hotel Jahwe


Szymon Domagała-Jakuć
Dom Literatury w Łodzi, 2013

Tym razem przyszedł czas na debiut Szymona Domagały-Jakucia, łodzianina, laureata nagrody publiczności w konkursie im.. J. Bierezina. Debiut mocny i z przytupem. Ale czy dobry?

Hotel Jahwe to zbiór 35 wierszy zamkniętych w dwóch ‘ewangeliach’ – „Ewangelii dla wykluczonych” oraz „Ewangelii dla miasta Łodzi”. Czyżbyśmy mieli do czynienia z poezją poruszającą tematykę religijną? Jak najbardziej, kwestia wiary pojawia się w zdecydowanej większości wierszy zgromadzonych w tym tomiku. Jak można się domyślić, nie są to pochwalne peany, to raczej wyraz buntu i rozgoryczenia.

nie czuję się wezwany przez Ciebie ani nie liżę znaczków
bo nie mam Ci nic ważnego do przekazania
[„Jahwe”]

Ta agresja wymierzona jest może nie tyle w samą religię, co w instytucję kościoła. Autor daje upust swoim negatywnym uczuciom w wierszu „Bulla Profana”:

Hotel Jahwe - Szymon Domagała-JakućZły jest Kościół, który pasie owce swoje wiązkami moheru.
Jedyny kraj, w którym rydz zrywa klienta, nie odwrotnie
rydz żywy, pożywny kreci antenką od beretu.

Chyba wiemy do kogo czyni tutaj aluzję. Nieco niżej znajdziemy również taki fragment:

Prawdziwy jest klecha, który czerpie moc z Diabła i udaje, że żyje z Boga
nie do odratowania są oczy klechy, które wbiegły Diabłu pod ogon

Mocne. Pachnie prowokacją. I właśnie w tym kierunku podąża pan Szymon. Spore gros utworów oprócz oczywistych nawiązań do sfery duchowej, porusza również problemy natury cielesnej. A najczęściej łączy te dwa aspekty w jedno, tworząc ot chociażby takie coś:

(…) ostatnio Miłość przypomina mi
eucharystię w stanie erekcji/kulminacji trzeba klęknąć i połknąć
a droga do Miłości wiedzie przez nasieniowód aż do kapliczki
w migdałkach
[„Erotyk msza albo dość dużo dobrej Duszy by zabrała nas gdziekolwiek”]

I w takim tonie utrzymana jest większość wierszy. Oczywiście, zdarza się kilka wyłamań od tej reguły, ale utwory te zdecydowanie stanowią mniejszość. Ot chociażby taki „Lodzer Fucker”, który jest gorzką refleksją na temat stanu Łodzi, zakończony życzeniem Niech Łódź wygląda jak zdjęcie Hanny po retuszu (Hanny Zdanowskiej, prezydent Łodzi). Nie znajdziemy wśród zamieszczonych tutaj poematów wychwalających piękno Łodzi, ponieważ każdy wie, że to miasto jest brzydkie. Z założenia. A nawet jeśli jest w nim coś, co zasługuje na pochwałę, to nie wypada o tym pisać. Bo i po co?

W Hotelu Jahwe znajdziemy również wiersz zatytułowany „Współczucie dla Katarzyny W. (Modlitwa za Matkę Polkę), czy „Prezydent lot” (Nie płakałem po panu panie prezydencie). Oba tylko uwypuklają założenie, które zdaje sobie postawić autor. Pisać dosadnie i tak, żeby wszystkim poszło w pięty. Szokować i prowokować. Intencja ciekawa, jednak „co za dużo to, nie zdrowo” i wiersze w pewnych momentach przestają zaskakiwać i stają się nieco przewidywane. Zarówno pod względem treści, jak i stylu, który tutaj oscyluje na granicy potocznego oraz imitacji stylu biblijnego.

Debiut Jakucia powinien spotkać się z przychylną opinią tzw. młodych gniewnych, licealistów i studentów, którzy lubią przeciwstawiać się wszystkiemu i wszystkim. Ja okres buntu mam już za sobą, więc do mnie Hotel Jahwe nie przemówił. Za dużo w nim krzyku i prowokacji, za mało rozwagi. Autor stara się eksperymentować w warstwie językowej, jednak czasami przez to wychodzą na wierzch braki w warsztacie.

Nie mniej będę śledzić dalsze poczynania pana Szymona i czekam na kolejny tomik.

A na zakończenie bonus - autora słów kilka na temat poezji:

O "Cudzie" i jego okładce.



Złośliwość losu. Jak mam ochotę na czytanie, to nie mam na nie zupełnie czasu (nie wspominając już o zaglądaniu na bloga). Trudno, najwidoczniej nie można mieć wszystkiego.

Grafik co prawda napięty, jednak zawsze znajdzie się chwila na filiżankę kawy i odrobinę lektury (książki, w przeciwieństwie do ciastek i podobnych łakoci, nie tuczą). Właśnie dobiega końca lektura wznowionej edycji „Cudu” pana Karpowicza. Muszę przyznać, że było to moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem, jednak z pewnością nie zakończę na tym naszej znajomości. Było zabawnie, ale inteligentnie. Nie na siłę, ale tak z wyczuciem. Ubawiłam się tak, jak u ostatnio w przypadku Trzy razy tak! Rudnickiego, a może nawet bardziej (tak, zdecydowanie bardziej). Teraz czekam, aż w bibliotece pojawią się ości i zabieram się za dalsze zgłębianie twórczości pana Karpowicza (o ile oczywiście zdążę wypożyczyć tę książkę, zanim gdzieś zaginie bez wieści).

Swoją drogą muszę wyrazić tutaj słowa uznania w kierunku autora okładki, Przemysława Dębowskiego (tak, on również odpowiada za ości). Jestem wybredna, jeśli chodzi o stronę wizualną książek, jednak w tym przypadku to ‘opakowanie’ idealnie pasuje do zawartości. Poza tym jest oczywiście wyjątkowo estetyczne i przyjemne dla oka a to w połączeniu z zalotnym spojrzeniem pani z okładki powinno zagwarantować dość dobre wyniki sprzedaży.  

Czego oczywiście panu Karpowiczowi życzę.

Chociaż i tak uważam, że najlepsze okładki mają książki związane z designem, architekturą i sztuką – ale to chyba nie jest żadnym wielkim odkryciem, prawda?

wtorek, 24 września 2013

Dom pod Lutnią


Kazimierz Orłoś
Wydawnictwo Literackie, 2012

Mazury zaraz po wojnie – miłość w oku cyklonu

Czego można się spodziewać po książce widząc taki tekst na jej okładce? Zważywszy na to, że od czasu premiery Róży, znakomitego filmu w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, większość z nas ma jakieś wyobrażenie o tym, co działo się na tamtych terenach zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej, można od autora oczekiwać powieści o dość mocnym wydźwięku. Jednak już po przeczytaniu kilkudziesięciu stron Domu pod Lutnią możemy się poczuć nieco oszukani.

Dom pod Lutnią - Orłoś KazimierzKsiążka ta, to opowieść o losach pułkownika Bronowicza, który po zakończeniu wojny zdecydował porzucić życie w Warszawie (tym samym zostawiając tam swoją żonę i córkę) i zaszyć się na niewielkiej mazurskiej wsi. Całość zaczyna się od mocnego uderzenia – jest rok 1949, zięć pułkownika w wyniku powojennych rozrachunków zostaje zabrany do więzienia. Córka w obawie o bezpieczeństwo syna, decyduje się wywieźć małego Tomka z zrujnowanej stolicy i oddać go pod opiekę dziadkowi. Jak można się domyślać, po mimo początkowej niechęci małego i płaczu za mamą, chłopiec szybko odnajduje się w tej nowej sytuacji i już po chwili ściąga buty, by miejscowym zwyczajem biec z innymi dzieciakami bawić się nad rzeką. Radość, swoboda, istna sielanka.

No dobrze, tylko gdzie tutaj ten obiecany cyklon?

Cyklon zarezerwowany jest dla świata dorosłych i raczej występuje tutaj jedynie w postaci ciemnych chmur, które co trochę zbierają się nad głową pułkownika, ale od razu rozganiane są przez promienie słoneczne. W Domu pod Lutnią nie dzieje się bowiem nic złego. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się jacyś podejrzani osobnicy, którzy jednak ograniczają się do postraszenia głównego bohatera, po czym najzwyczajniej w świecie odchodzą. Gdzieś w tle cały czuć to nerwowe napięcie, że zaraz może wydarzyć się coś złego, jednak im bliżej końca, tym mocniej odczuwamy, że finał całej historii nie przyniesie zaskoczenia.

Na uwagę zasługuje za to sposób, w jaki zaprezentowana jest złożoność narodowościowa mieszkańców. Polacy wciąż stanowią tam mniejszość, wieś zdominowana jest przez ludność miejscową, która nie do końca może pochwalić się znajomością języka polskiego. W szkole co prawda nauczanie odbywa się po polsku, jednak już w sferze religijnej swoją obecność wyraźnie zaznacza kościół protestancki. Znajdziemy tutaj również przesiedleńców z Ukrainy, którzy ze względu na echa zbrodni wołyńskiej, nie cieszą się zbyt dobrą reputacją.

A co z miłością? Na kartach Domu pod Lutnią jest to uczucie trudne i skomplikowane. Szlachetne, choć nie jestem do końca w pełni przekonana, czy w pełni prawdziwe (chociaż tutaj mogę się mylić). Jednak jego złożoność wynika raczej z miejsca w którym się rozgrywa (mała społeczność wiejska), niż z okoliczności historycznych.

Jednym słowem Kazimierz Orłoś zaprezentował nam obraz powojennych Mazur, które co prawda może kiedyś nawiedził cyklon, ale obecnie pozostały po nim tylko znikome ślady zapisane w pamięci i zachowaniu bohaterów. Zamiast wstrząsającej historii otrzymujemy sielankę. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Jest to książka ciekawa i dobrze napisana. Czyta się ją niezwykle lekko i ciężko jest się od niej oderwać. Pięknie nakreślony obraz dawnej wsi na tle wszystkich pór roku sprawia, że cześć z czytelników chciałaby się chociaż na moment przenieść w tamte czasy.

Żeby to w pełni docenić wystarczy nie zagłębiać się w to, co widnieje na okładce. Czasami teksty reklamowe zamiast pomóc, mogą zaszkodzić.

O ebookach i poezji

Czas na pierwszą książkę w formacie elektronicznym na tym blogu. I to od razu trzy. A co!



Przygoda z poezją.
Część druga: Grzegorz Kwiatkowski. Trylogia „Powinni się nie urodzić”.

Powiem jedno – nie lubię czytać ebooków. Nie chodzi o to, że jestem technofobem, bo do tego mi zdecydowanie daleko. Kocham elektronikę i nie wyobrażam sobie bez niej życia(niestety), jednak książka to książka. Żaden plik nie zastąpi pięknie pachnącego egzemplarza, który mogę sobie postawić na prawdziwej, a nie wirtualnej półce. I tak w dalszym ciągu otaczam się ciężkimi i nieporęcznymi tomami, a wersje elektroniczne czytam tylko wtedy, kiedy naprawdę nie mam innego wyjścia.

W przypadku trylogii Grzegorza Kwiatkowskiego tak właśnie było. Co gorsze, przyszło mi w tak bezduszny sposób zmierzyć się z poezją. Pierwsza myśl - w sumie czemu nie? Skoro ostatnio stwierdziłam, że współczesna forma poetycka idealnie komponuje się z kawą serwowaną w McDonald's, to czemu w czytniku miałoby jej być nie do twarzy?

Nie doceniłam jednak twórczości pana Kwiatkowskiego. Przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie. I to podwójne! Mianowicie oprócz ciekawej treści tych trzech tomików („Przeprawa”, „Eine kleine todesmusic” oraz „Osłabić”), odkryłam jedną zaletę ebooków. Można je czytać w środku nocy, w zupełnych ciemnościach, bez korzystania z żadnych śmiesznych latareczek (tak między nami - naprawdę ktoś czyta w ten sposób?). A tak się akurat złożyło, że lektura wierszy wchodzących w skład tej trylogii w ten sposób stała się jeszcze bardziej atrakcyjna.

Pierwsze czytanie (a raczej przejrzenie) już za mną. Czas na drugie, dokładniejsze. Jednak jedno już wiem na pewno: odzyskuję wiarę w polską poezję współczesną. Może nie widzę w niej następców Miłosza i Herberta, jednak widzę maleńki płomyczek nadziei, że są jeszcze osoby, które potrafią pisać ciekawie i z sensem.

A tak na marginesie: ebooki są zdecydowanie mniej fotogeniczne, niż ich papierowi poprzednicy.

poniedziałek, 23 września 2013

Pamiętnik z powstania


Rafał Krause
Dom Literatury w Łodzi, 2013

Panie i panowie, zaczynamy naszą jesienną przygodę z poezją!

Na pierwszy ogień poszedł Pamiętnik z powstania, debiut książkowy pana Rafała Krause, laureata wielu konkursów poetyckich, członka redakcji serwisu muzycznego screenagers.pl.

Pamiętnik z powstania - Rafał KrauseO ile tytuł brzmi nam dziwnie znajomo (Białoszewski?), to jednak mamy tutaj do czynienia z powstaniem zupełnie innego typu. Autor nie ma zamiaru zabrać nas w sentymentalną podróż do Warszawy AD 1944, ginącej pod gruzami marzeń o wolności.  Powstanie Krausego wybuchło również w stolicy, ale 64 lata później, 15 września 2008 (data zupełnie nieprzypadkowa). Jego członkowie wysłużone wisy zamienili na najnowsze komputery, przeciwnikiem nie jest już niemiecki okupant, ale zbliżająca się nieuchronnie fala kryzysu.

To mój pamiętnik z powstania,
powstania przedsiębiorstwa, gdzie świadczę
na rzecz pracodawcy.

Tak więc przenosimy się do świata businessu. Moment. Ale o tym można pisać poezję? Jak widać można. I to w dodatku nie najgorszą.

Wyścig zbrojeń w poezji Krausego zamienił się w wyścig szczurów. Zamiast batalionów mamy wielkie korporacje, gdzie dowództwo pełnią pracodawcy, których rozkazy trzeba sumiennie wypełniać. Życie w dobrobycie, w którym zamiast  bombardowań słychać jedynie huk Dom Pérignon. Ale gdzie ta walka? Gdzie niebezpieczeństwo?



Wbrew pozorom wizja współczesnego świata wcale nie napawa optymizmem. I chociaż możne groźba niebezpieczeństwa jest znacznie mniejsza, niż w 1944, to jednak inne, tak ważne dla tamtego pokolenia, idee odeszły w zapomnienie.  Bóg? Pojawia się w symbolicznej postaci ryby przyklejonej nad tylnym zderzakiem (Ryby). Ojczyzna? Owszem, w globalnej wiosce wciąż czujemy słabość do polskiej wódki (Ocaleni). Honor, miłość? Nic z tego. Wystarczy przeczytać kilka wybranych wierszy z tego tomu, by się przekonać, że walka w Pamiętniku z powstania zdaje się opierać jedynie na pragnieniu wspinaczki – szybciutko, na sam szczyt. A co później? Wystarczy spojrzeć na okładkę.

Pamiętnik z powstania jest tomikiem zaskakującym. Krause udowadnia, że można pisać poezję nie tylko dobrą, ale przede wszystkim ciekawą. Może zebrane tutaj wiersze nie poruszą, ani nie wzruszą, jednak mają w sobie to coś, co sprawia, że ma się ochotę przeczytać je kilka razy. Z niecierpliwością czekam na kolejny tomik pana Rafała. Mam nadzieję, że autor nie zniechęci się tym, że poezja to „minimalizacja zysków przy maksymalizacji strat” (Pieśń o recesji) i będzie dalej tworzył. 

Na Mazury!



Na dworze zimno, deszczowo i ponuro. Idealny moment na gorącą kawę i wciągającą powieść.

Tym razem nadeszła pora na Dom pod Lutnią Kazimierza Orłosia. Osadzenie akcji na obszarze powojennych Mazur zapowiadało dużo dobrego. W końcu życie ludzi zamieszkujących wówczas te tereny miało niewiele wspólnego z sielskim obrazem wypoczynku nad mazurskimi jeziorami, który chyba większość z nas ma zakodowany w głowie. Lasy, woda, cisza, spokój… a w tle gwałty, mordy i prześladowania. Wystarczy obejrzeć chociaż fragment Róży Wojciecha Smarzowskiego.

Niestety, z tego, co jak na razie mogę wywnioskować z lektury Domu pod Lutnią, książce Orłosiabliżej do sielanki, niż do grozy powojennej zawieruchy. Szkoda.

Znacie jakieś książki (niekoniecznie powieści) poruszające temat historii Mazur? Nie tylko tej powojennej.

piątek, 20 września 2013

Salki


Wojciech Nowicki
Wydawnictwo Czarne, 2013

Salki to pomieszczenia na poddaszu mówili też „nyże” na miejsce, gdzie można sobie urządzić lamusik nad głową. Zupełnie jak te historie tutaj, salki mojej pamięci, które dla wszystkich otwieram.

Salki - Nowicki WojciechSalki to niesamowita podróż w czasie i przestrzeni. Nieco chaotyczna, oparta w dużej mierze na skojarzeniach, niż na porządku chronologicznym. Podróż, której głównym celem jest nie tylko przemieszczanie się z miejsca na miejsce, lecz również poznawanie i odkrywanie nowych obszarów.

W tym miejscu trzeba wyjaśnić najważniejszą nieścisłość – Salki to nie książka podróżnicza. To nie przemieszczanie w sensie stricte fizycznym stanowi trzon tej książki (chociaż owszem, ono się tutaj pojawia i odgrywa również ważną role), najnowsza książka Nowickiego to przede wszystkim podróż w czasie. To właśnie za pomocą nawet bardzo skromnej dokumentacji, listów, spisanych relacji, mamy niejednokrotnie okazję poznać to, co już dawno przestało istnieć, przynajmniej w sensie materialnym.
(…) W moich salkach jest za to cała rodzina, co z tego, że trochę wybrakowana, że niekompletne są ich portrety, czasem brakuje im głowy, a czasem korpusu. Są za to ich żale, a żale i tęsknoty to była ich esencja, nią był przesiąknięty każdy atom ich ciała.

Dużą część książki Nowicki poświęca historii swojej rodziny. Jest to próba usystematyzowanie i zrozumienia skomplikowanych losów swoich przodków, przesiedleńców z terenów leżących na obszarze współczesnej Litwy i Ukrainy, którym zaraz po wojnie ktoś kazał osiedlić się w Opolu, w miejscu, w którym niegdyś znajdowało się śmietnisko. Żyjąc na tej obcej ziemi, z której co chwila wychodziły fragmenty przeszłości, utracili wszelką chęć przemieszczania się i podróżowania, żyjąc tym samym tęsknotą za miejscem, które bezpowrotnie utracili. By lepiej ich zrozumieć, autor przywołuje swoje wspomnienia, w których często zawarte są wspomnienia jego przodków. Zarówno te o raju utraconym, jak i te o brutalnych zbrodniach Banderowców.

Losy rodziny Nowickiego nie są jednak jedynym tematem, który porusza autor na kartach Salek. W tej książce dzieje się dużo, autor przywołuje wiele zagadnień, na pierwszy rzut oka nieco wyrwanych z kontekstu - począwszy od opisu pewnego zoo (do czego w pewien sposób nawiązuje okładka), relacji z egzekucji zabójcy króla Henryka IV, aż do bardzo ciekawej wyprawie do dawnych szpitali psychiatrycznych. Ten pozorny mis-masz tak naprawdę tworzy jednak spójną całość, napisany w sposób niezwykle intrygujący traktat o pamięci i podróżowaniu.

Salki to dzieło idealne na leniwe, jesienne wieczory. Wymaga chwili zadumy, o co raczej trudno w zatłoczonym tramwaju, czy w trakcie 15-minutowej przerwy na kawę. Książka ta czytana w pośpiechu traci swój urok, może nawet zniechęcić czytelnika do kontynuacji lektury. A to wielka szkoda, ponieważ Wojciech Nowicki stworzył dzieło, które powinno trafić w ręce wszystkich czytelników, nawet (a może nawet przede wszystkim) tych najbardziej wymagających.

Jesień z 'poezją'

 Proszę państwa, zbliża się jesień. Czas refleksji, zadumy. Idealny moment na sięgnięcie po odrobinę poezji. Tak się składa, że akurat dysponuję kilkoma tomikami, których albo nie miałam jeszcze okazji przeczytać, albo porządnie doczytać. Czas to naprawić.



Część pierwsza: Dom Literatury w Łodzi.

Powyższe dwa tomiki miały swoją premierę w dniu odzywającego się w Łodzi Forum Młodej Literatury (12-13.07.2013). W samej imprezie nie mogłam niestety wziąć udziału, jednak Pamiętnik z powstania oraz Hotel Jahwe przygarnęłam z radością. Współczesna poezja mnie nie zachwyca, jednak cały czas się nie poddaję i szukam kogoś, kto swoim pisaniem udowodni mi, że jeszcze nie wszystko stracone.

Czy uda się to panu Rafałowi i/bądź Szymonowi? No cóż, już po pierwszym, pobieżnym przekartkowaniu tych dwóch cieniutkich zbiorków mogę stwierdzić, że ich lektura będzie ciekawym przeżyciem. I to z wielu różnych powodów.

środa, 18 września 2013

O bibliotece



Przeczytane. Teraz trzeba to wszystko poukładać i przetrawić.

Muszę w tym miejscu obalić stereotyp biblioteki jako miejsca zawierającego jedynie pokryte grubą warstwą kurzu woluminy, starocie. Biblioteki, jako miejsca z klasyką i tanimi romansidłami. Biblioteki, jako miejsca, do którego nikt o zdrowych zmysłach nie zagląda – bo i po co?

Salki znalazłam właśnie w bibliotece (WiMBP w Łodzi), w gąszczu innych, wdanych zaledwie kilka miesięcy temu pozycji. Książka ta stała sobie w pobliżu nowego Mendozy i Spustoszenia Emmy Larkin, a na tym przecież nie koniec. Każda z nich nowa, lśniąca i pachnąca. Aż chciałoby się wszystkie te tomy przygarnąć, choćby na te jedyne twa tygodnie (z możliwością prolongaty). Zwłaszcza póki jeszcze dumnie stoją na półce i są w zasięgu mojej ręki. Mam dziwne przeczucie, że wkrótce wyruszą w pielgrzymkę po ludzkich domach i zaginą już na wieki.

poniedziałek, 16 września 2013

Finaliści Nike 2013 #7

Czas na siódmego i ostatniego finalistę tegorocznej edycji nagrody Nike.



Maciej Sieńczyk Przygody na bezludnej wyspie

A jednak! Komiks w finale! Już widzę, jak wiwatują wszyscy fani kultury obrazkowej (oczywiście tej bardziej ambitnej). Pan Sieńczyk pokonał Vargę, Pilcha i (niestety) Oryszyn. Zepchnął na drugi plan całą eseistykę. Niesłychane!

A tak szczerze - miał ktoś z was okazję sięgnąć po Przygody na bezludnej wyspie? Jestem ciekawa, czy zawartość tego komiksu jest rzeczywiście tak wybitna, jak zwykło się o niej mówić. Sama do tej pory miałam okazję przeczytać jedynie dwie pozycje należące do tego gatunku - Maus (oba tomy) Arta Spiegelmana oraz Persepolis Marjane Satrapi. Muszę przyznać, że zarówno opowieść o wojennych losach ojca Spiegelmana, jak i o życiu w Iranie Satrapi wywarły na mnie duże wrażenie i udowodniły, że komiks, pomimo stosunkowo małej ilości tekstu, czasami może przekazać więcej, niż nawet najlepsza proza.

Gala finałowa już 6 października.

źródło

Trzy razy tak!


Janusz Rudnicki
Wydawnictwo W.A.B., 2013

O Rudnickim słyszałam dużo. Że zabawny, groteskowy. Że w czasie lektury jego książek nie sposób się nudzić, że rozrusza nawet trupa. No cóż, słysząc tak entuzjastyczne opinie nie omieszkałam sięgnąć po jego najnowszą książkę, która zajęła drugie miejsce w plebiscycie widzów TVP Kultura na najgorętszą książkę lata. Skoro przebiła Morfinę, to znaczy, że faktycznie musi w niej być to ‘coś’. Tylko co?

Trzy razy tak! - Rudnicki JanuszTrzy razy tak! to zbiór trzech opowiadań i dodatku, składającego się z kilku krótkich opowiadanek. Pierwsze to historia narratora Kuku, który cierpi na amnezję. Stopniowo odtwarza swoją przeszłość, stara się odbudować swoją tożsamość wędrując po mieście, które sprawia wrażenie zapomnianego i wymarłego. Wspomnienia młodości nagle zostają skonfrontowane z nie napawającą optymizmem teraźniejszością. Według mnie to najmocniejsza strona całego tomiku, opowiadanie nieco różniące się od pozostałych zaprezentowanych w tym zbiorze. Rudnicki sięga tutaj nie tylko po groteskę, postać głównego bohatera otacza również mgiełka tajemnicy, co zdecydowanie zwiększa przyjemność, jaką możemy czerpać z czytania.

Opowiadanie drugie to historia Rudnickiego, prozaika, któremu nagrody sprzed nosa zgarniają inni pisarze. Fikcja literacka ma tutaj wiele wspólnego z życiem autora. No cóż, jeśli spojrzymy na listę nagród, do których był on nominowany, to prezentuje się on dość okazale - Nike, Gdynia, Angelus, jest czego pozazdrościć. Ile z nich wygrał? No właśnie, tutaj już nie jest tak kolorowo. W tym opowiadaniu poziom humoru i groteski znacznie wzrasta, pojawia się również sporo krytyki współczesnego świata (nie tylko tego literackiego). Znajdziemy tutaj m.in. Wisławę Szymborską i to w dość niecodziennej roli.

Trzecia część to chyba najbardziej zwariowany moment w całym tomiku. W postać głównego bohatera ponownie wciela się sam autor, który snuje swoją opowieść o dolach i niedolach Polaka na emigracji. Wplecione zostało tutaj kilka wydarzeń, które kilka miesięcy temu gościły na czołówkach gazet (opatrzone oczywiście niezbędnymi przypisami), a w które nasz bohater zostaje w dość zaskakujący sposób uwikłany. Tutaj humor i groteska są najbardziej rozhulane, mam wrażenie, że momentami zbliżają się do niebezpiecznej granicy przesady, całe szczęście jej nie przekraczając.

W załączonych krótkich formach, Rudnicki zabiera nas na wycieczkę do Afryki, gdzie próbuje zyskać względy u młodej współtowarzyszki wyprawy oraz ukazuje świat swojego dzieciństwa spędzonego w Kędzierzynie-Koźlu. To taki swoisty mis-masz, zarówno pod względem tematyki, jak i poziomu, jaki owe teksty reprezentują. W moim odczuciu cześć z nich to typowe zapychacze dziur, dorzucone na doczepkę, żeby wyrobić limit stron. O ile cały tomik zaczął się fajerwerkami, to pod koniec zaczęło rodzić się we mnie uczucie lekkiej irytacji.

Nie dziwię się, że Trzy razy tak! znalazło się tak wysoko w zestawieniu książek na lato. Lekka, łatwa i przyjemna, a przy tym wcale niegłupia i nieodstraszająca warsztatem pisarza (o ile oczywiście czytelnik odporny jest na używany często przez Rudnickiego dość niszowy język). Po skończonej lekturze mogę stwierdzić, że jestem trzy razy na tak i raz na nie. Zupełnie nie przekonało mnie to zbiorowisko pomysłów kotłujące się w ostatniej części zbioru. Czy ma szansę za pomocą tej książki przełamać złą passę i wreszcie zgarnąć jedną z ważniejszych nagród? Nie sądzę, ale życzę powodzenia. W końcu niezbadane są werdykty jury.

Nie mniej jednak całość gorąco polecam. To pozycja dla tych, którzy lubią się uśmiechnąć w trakcie lektury i którym nie przeszkadza nuta krytyki i ironii w tekście.

sobota, 14 września 2013

Finaliści Nike 2013 #6

Dzisiaj 'oczywista oczywistość':



Szczepan Twardoch Morfina

Morfina to książka, która chyba sporo namieszała na polskim rynku książkowym. Pojawia się na listach nominowanych do niemal wszystkich nagród, ciepło wypowiadają się na jej temat inni pisarze, jak również gwiazdy muzyki rockowej (chociażby Muniek Staszczyk). Byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie dostała się do finału Nike. Całe szczęście tym razem decyzja jury okazała się być przewidywalna.

Chyba jednak muszę się zebrać i nabyć egzemplarz tej rozchwytywanej książki. Co prawda na liście oczekujących w bibliotece awansowałam już na 3. pozycję, jednak obawiam się, moja cierpliwość właśnie dobiega końca.

żródło

piątek, 13 września 2013

Finaliści Nike 2013 #5

Piątek trzynastego. To musiało się tak skończyć.

Wygląda na to, że poznaliśmy już wszystkie nominowane panie. Teraz czas zająć się tą brzydszą częścią nominowanych.



Igor Ostachowicz Noc żywych Żydów

Noc żywych Żydów czytało mi się dobrze, było tam sporo humoru, autor przemycił również kilka ciekawych pomysłów. Kwestia języka troszkę mi przeszkadzała (pamiętne stwierdzenie wacek jak płonąca żagiew"), czasami autor odrobinę dawał się ponieść swoim pomysłom. Niemniej jednak nie przypuszczałam, że pan Igor i jego dzieło zajdą aż do finału - no proszę, pomyliłam się. Kolejny raz.

Ja i jury odbieramy książki na zupełnie innych falach.

Zostały się jeszcze dwie wolne lokaty. Przypuszczam, że jedną zajmie Twardoch (chociaż patrząc na dotychczasowe decyzje jury mogę być w błędzie), co do drugiej nie mam już pewności. Varga? Pilch?

czwartek, 12 września 2013

Książka miesiąca - sierpień 2013



Podsumowanie sierpnia w połowie września. Rozleniwiłam się ostatnio.

Sierpień zapowiadał się obiecująco, jednak pod koniec miesiąca dopadł mnie stan ‘prze-czytania’ i niestety musiałam wstrzymać się z lekturą kolejnych pozycji. Udało mi się przeczytać osiem książek, co i tak nie jest takim złym wynikiem. Wśród nich znalazły się jedynie dwie pozycje nominowane do Nike, więcej już prawdopodobnie nie uda mi się przeczytać (chyba, że ludzie przestaną czytać Ciemno, prawie noc i Morfinę – w co głęboko wątpię). Gorzej, że żadna z nich nie wzbudziła we mnie ogromnego zachwytu, nie zapadła mi głęboko w pamięć. Było dużo pozycji ciekawych, ale większość z nich przedstawiała podobny poziom. No cóż, spróbuję jednak wybrać tę najlepszą trójkę.

3. Amos Oz - Sceny z życia wiejskiego proza przez duże ‘P’, nic dodać, nic ująć.

2. Tadeusz Sobolewski - Człowiek Miron – życie i twórczość Mirona Białoszewskiego. Sporo interesujących faktów, zwłaszcza dla osoby, która do tej pory o tym artyście wiedziała wyjątkowo niewiele.


1. Witold Gombrowicz – Kronos – pozycja kontrowersyjna i znacznie przereklamowana. Nie mówię, że jest to pozycja lepsza, niż Oz (bo nie jest), jednak oceniając książki doceniam również estetykę wydania. Muszę przyznać, że pod tym względem Kronos absolutnie mnie nie zawiódł.

Mam nadzieję, że w tej drugiej połowie września wreszcie się zmobilizuję i powrócę do czytania. Nie jest tak do końca prawdą, że obecnie nic nie czytam. Nie, ja cały czas siedzę z nosem w książkach, jednak są to podręczniki, słowniki i literatura specjalistyczna – a tych pozycji raczej wolałabym tutaj nie recenzować.

Finaliści Nike 2013 #4



Kaja Malanowska Patrz na mnie, Klaro!

No cóż, skakać z radości nie będę. Oczywiście nie oznacza to, że jest to książka zła. Wręcz przeciwnie! Jest to książka napisana w sposób ciekawy i oryginalny, Malanowska przeprowadza wnikliwą analizę psychologiczną swojej bohaterki, jednocześnie poruszając tematy istotnie dla nieco zagubionego współczesnego społeczeństwa. Można znaleźć tutaj wszystko, co powinna mieć dobra proza (no dobrze, warsztat nie prezentuje najwyższego poziomu, ale to nie rzuca się aż tak bardzo w oczy).

Skąd więc mój brak entuzjazmu?
Ja po prostu takich książek nie lubię. I chociaż tę czytało mi się wyjątkowo dobrze (pomijając irytującą główną bohaterkę), to jednak w porównaniu z innymi nominowanymi książkami, ta wypadła tak jakoś blado (i to nie tylko ze względu na kolor okładki).

No cóż, o gustach się nie dyskutuje.

źródło

środa, 11 września 2013

Finaliści Nike 2013 #3

Dzisiaj zaskoczenia nie będzie (nie, nie - to jeszcze nie Twardoch):



Justyna Bargielska i Bach for my baby

Przewidywałam, że ten tomik znajdzie się w szczęśliwej siódemce, ale jedynie opierając się na rachunku prawdopodobieństwa. Bargielska nagradzana jest często, jej tomik również zebrał wiele pozytywnych recenzji i został nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej.

Natomiast jeśli mówimy o walorach literackich... No cóż, nie jestem tutaj obiektywna, ponieważ nie jestem fanką polskiej poezji współczesnej, a Bargielska zdecydowanie wpisuje się w ten trend. Jej wiersze czytało mi się co prawda zaskakująco dobrze, ale nie znalazłam w nich nic wyjątkowego, oryginalnego, poruszającego.

No ale może ja po prostu funkcjonuję na innym poziomie wrażliwości niż cała rzesza krytyków literackich. W sumie nawet by mnie ten fakt nie zdziwił.

Jutro kolejny finalista.

źródło

wtorek, 10 września 2013

Pasja według św. Hanki


Anna Janko
Wydawnictwo Literackie, 2012

Bałam się tej książki. Miała to być literatura kobieca, a ja takich historii nie lubię. Ale przecież to Anna Janko. Czy poetka mogłaby napisać powieść dla kobiet czytających kolejne pozycje z wydawnictwa Harlequin? W sumie dlaczego nie?

Fabuła: ona, on, dwoje dzieci i jeszcze jeden on, taki po cichu, z doskoku. Ona nie jest zadowolona ze swojego życia, waha się pomiędzy tworzeniem szczęśliwej rodziny z mężem, a udanym pożyciem z kochankiem. I to wahanie towarzyszy nam przez 364 strony powieści, historia związku przeplatana z wspomnieniami miłosnych uniesień i fascynacji seksualnych z lat młodzieńczych.

Pasja według św. Hanki - Janko AnnaI na tym koniec. Historia, którą słyszeliśmy już milion razy (chociażby w wierszach Bargielskiej), znamy na pamięć wszystkie możliwe zakończenia i choć nie chcemy po raz kolejny jeść odgrzewanego kotleta, pisarze oraz twórcy filmów uparcie nam go serwują i bezczelnie życzą smacznego. Jednak kotlet à la Janko smakuje nieco lepiej. Sekret tej potrawy tkwi w zjadliwym sosie i zaskakujących dodatkach.

Oklepaną historię ratuje styl pisarki, która, jak już to wielokrotnie powtarzałam, jest jednocześnie poetką. Widać, że w przeciwieństwie do wielu innych autorek, Janko pisać potrafi. Kreśli ładne, wzniosłe zdania, składające się z eleganckich wyrazów wykraczających poza standardowy repertuar ‘fajnie i OK’. Zdarza się jej bawić stylami, nieco zniżać lot zahaczając o wulgaryzmy, jednak wszystko robi z umiarem i wyczuciem. Oczywiście zdarza się tu i ówdzie jakieś cliché, pisząc powieść o miłości jest to przecież nieuniknione. Żeby jednak nie było tak standardowo i oklepanie, Janko od czasu do czasu dorzuca nam fragment opisujący sceny z dość brutalnego życia intymnego wybranych insektów. Interesujący dodatek.

Pasja według św. Hanki to książka wyróżniająca się na tle podobnych pozycji zwanych literaturą kobiecą. Komu ją polecam? Przede wszystkim osobom (raczej kobietom), które gustują w takich historiach, ale jednocześnie nie boją się stylu poetyckiego. Mnie, pomimo mojej jawne awersji do literatury tego typu, udało się przebrnąć przez całość (chociaż łatwo nie było), a to już coś znaczy.

Finaliści Nike 2013 #1 i #2

Codziennie będziemy poznawać nazwiska osób, które znalazły się w groni finalistów nagrody Nike. Komu się poszczęściło?



Na pierwszy ogień poszła Joanna Bator i jej Ciemno, prawie noc. Co prawda nie miałam jeszcze przyjemności (?) czytać tej powieści, jednak ten wybór mnie wcale nie dziwi. Książka jest rozchwytywana, pojawia się w wielu zestawieniach. Była jednym z moich pewniaków i proszę - nie pomyliłam się.



Dzisiaj poznaliśmy nazwisko drugiej finalistki, Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Tutaj jestem odrobinę zaskoczona. Owszem, Mokradełko jest reportażem bardzo dobrze napisanym, porusza ważny i intrygujący temat, jednak czegoś mi w nim zabrakło. Muszę również przyznać, że wyliczając pozycje nominowane do Nike zawsze o nim zapominałam, co ze względu na jego poruszającą tematykę jest nieco dziwne.
Nie mniej jednak cieszę się, że został on zauważony.

Jutro finalista nr 3. Czy będzie to pan Twardoch?

Więcej informacji na temat finalistek i ich książek znajdziemy na stronie Gazety Wyborczej: #1 i #2

sobota, 7 września 2013

Stan prze-czytania

To musiało się tak skończyć.

Z czytaniem jest jak z jedzeniem. Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy się na jakimś wykwintnym przyjęciu, na którym wachlarz serwowanych dań nie ogranicza się do koreczków i symbolicznego kieliszka szampana na wejściu. Załóżmy, że serwują nam nasze ulubione dania: flaczki, golonkę, schabowego z kapustą etc. Wszystko jest strasznie smaczne, wszystkiego chcemy spróbować, ale… No właśnie, w pewnym momencie nasze możliwości pochłaniania kolejnych porcji bigosu się kończą, zwłaszcza, jeśli program przyjęcia nie obejmuje części tanecznej, która nieco przyspiesza proces trawienia. I chociaż pod nasz nos kelner podtyka barszczyk i paszteciki, nie jesteśmy już nawet w stanie rzucić na nie okiem. Taki stan nazywa się przejedzeniem.

Tymczasem ja cierpię na książkową odmianę tego stanu, która chyba nie posiada tak wdzięcznej nazwy. Gdybym poskarżyła się komuś, że cierpię z powody ‘przeczytania’, ta osoba prawdopodobnie pomyślałaby, że jest ze mną coś nie tak. Niemniej jednak prawdą jest, że ostatnio czytałam hurtowo, bez chwili wytchnienia. No i skończyło się jak w przypadku pasztecików – przez ostatnie dwa tygodnie czytanie mnie w ogóle nie interesowało, o pisaniu tutaj już nie wspominając. Stwierdziłam, że czytanie na siłę to wyjątkowo kiepski pomysł i zrobiłam sobie małą przerwę.

A co wypełniało mój czas wolny w ciągu ostatnich kilku dni?



No cóż, nie samym czytaniem przecież człowiek żyje, prawda?

No dobrze, czas odpoczynku już minął, można wrócić do przygody z książkami. Już wkrótce moje wrażenia z lektury Pasji według św. Hanki (podejrzewam, że to właśnie ta książka mnie tak doszczętnie wykończyła) oraz dziełka pana Rudnickiego:


Jak to zwykło się mówić po angielsku: Stay tuned!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...