wtorek, 30 lipca 2013

Historia niebyła kina PRL

Tadeusz Lubelski
Wydawnictwo Znak, 2012

Historia niebyła kina PRL to pozycja poruszająca, jak sama nazwa wskazuje, niezwykle modny ostatnio temat Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Jak grzyby po deszczu na rynku wydawniczym wyrastają kolejne książki wspominające ten, jeszcze ok. 10 lat temu niedarzony zbytnią sympatią, okres w dziejach naszego narodu. Kiedyś na PRL się narzekało, dzisiaj się za nim tęskni. Reportaże, wspomnienia, dziwne próby cofnięcia się w czasie a nawet gra planszowa imitująca stanie w kolejce - autorzy całymi garściami czerpią inspiracje z tamtych lat, niektórzy z lepszym, inni ze zdecydowanie gorszym skutkiem. Całe szczęście Tadeusz Lubelski zalicza się do tych pierwszych.

Historia niebyła kina PRL - Lubelski TadeuszPo napisaniu kilku publikacji prezentujących historię kina polskiego, ten teoretyk i historyk filmu zdecydował się stworzyć coś, co sam nazwał ‘historią niebyłą’. Nie jest to może tytuł do końca oddający treść książki, ponieważ na jej kartach znajdziemy opisane działania, które jak najbardziej miały swoje miejsce w historii polskiej kinematografii – jedynie ich produkt nigdy nie ujrzał światła dziennego. Lubelski opowiada nam o filmach, które nigdy nie powstały, chociaż miały duże szanse na to, by pojawić się na szklanym ekranie. Nie jest bowiem tajemnicą, że nie wszystkie scenariusze zostają wykorzystane, czy że nie wszystkie pomysły reżyserów zostają zrealizowane. Czasami braknie zapału, czasami środków finansowych. Pomysł może się również po prostu okazać kiepski, lub pojawiają się doradcy, którzy zamiast pomagać szkodzą. Burza pomysłów ucicha, scenariusz trafia do archiwum a reżyser zabiera się za kolejny film, zazwyczaj nigdy nie wracając do poprzednich pomysłów.

Historia niebyła kina PRL przedstawia losy 13 takich niezrealizowanych projektów, mających szanse realizację w latach 1947 - 1992. Są wśród nich filmy biograficzne (jak chociażby otwierający tom Doktor Korczak), komedie (Nasz człowiek w Warszawie Barei), obrazy poetyckie (Osioł grający na Lirze) oraz cała rzesza tych rozprawiających się z wojną oraz życiem w czasach powojennych. Tadeusz Lubelski sumiennie przyłożył się do przedstawienia genezy wszystkich 13 pomysłów i w każdym przypadku przeprowadził mini-śledztwo, dzięki któremu mógł odtworzyć przebieg nigdy niezrealizowanego filmu oraz znaleźć powód, dla którego scenariusz został odłożony na półkę. Dodatkowo w tle prezentuje nam prawdziwą historię kina PRL – nieco fragmentaryczną i niepełną, ale i tak wiele tłumaczącą.

To jednak nie wszystko. Jak sam autor mówi we wstępie, główną inspiracją do powstania tej książki jest nurt historii alternatywnej (innymi słowy ‘co by było gdyby…’). Muszę przyznać, że ten trend jest ostatnimi czasy również bardzo popularny w literaturze i to nie tylko fantastycznej (patrz Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha). Po każdym rozdziale opowiadającym o historii danego filmu, pojawia się jego krótka, oczywiście fikcyjna recenzja. W ten dość ciekawy sposób Lubelski na moment ożywił osierocone projekty, czasem je chwaląc, nierzadko również ganiąc. Recenzje oczywiście napisane są w sposób adekwatny dla okresu, w którym dany obraz powstał, co niewątpliwie dodaje mu wiarygodności. A żeby było jeszcze prawdziwiej, w książce zamieszczone są również plakaty do wszystkich 13 tytułów.



Historia niebyła kina PRL to wymarzona książka dla wszystkich osób zainteresowanych przemysłem filmowym. W ciekawy i niekonwencjonalny sposób przekazuje nam historię kinematografii tamtej epoki. Na mnie wywarła pozytywne wrażenie, zwłaszcza, że kino PRL-u darzę szczególną sympatią (zwłaszcza to z lat 50.-60.). Zdecydowanie zasłużona nominacja do Nike i trzymam kciuki, żeby książka ta pojawiła się w ostatecznej siódemce wyróżnionych. To się zdecydowanie Tadeuszowi Lubelskiemu należy.

Ocena: 4,5/5

czwartek, 25 lipca 2013

Źle urodzone

Filip Springer
wydawnictwo Karakter, 2011

Źle urodzone - Springer FilipZ czym mi się kojarzy architektura PRL-u? Z szarością betonu. Z wielkimi, bezdusznymi bryłami. Z abstrakcyjnymi dekoracjami, które zamiast dodawać budynkowi uroku, czyniły go tylko jeszcze bardziej dziwacznym, niepasującym do otoczenia. I wreszcie z wielką płytą i całymi osiedlami poustawianych obok siebie identycznych bloków. Pozbawione okien domy handlowe, które wyglądały jak wyciągnięte na powierzchnię ziemi bunkry. A na dokładkę tu i ówdzie można było zobaczyć jakiś drobny element nawiązujący do najważniejszych założeń PRL-u. Ciężko jest mi darzyć takie budowle pozytywnym uczuciem i chyba nie tylko ja tak uważam. Dlatego też bez większych emocji obecnie oglądamy, jak kolejne (przeważnie opuszczone i zaniedbane) owoce polskiego modernizmu znikają z powierzchni ziemi. To, co straszyło powybijanymi oknami, zwolni miejsce na którym powstanie nowy, nowoczesny obiekt.


Źle urodzone to zbiór reportaży poświęconych właśnie takim budynkom. Filip Springer bierze na warsztat kilka najbardziej reprezentacyjnych budowli polskiego modernizmu (np. obserwatorium meteorologiczne na Śnieżce, warszawski Dworzec Centralny, katowicka ’Superjednostka’, poznański arsenał i sukiennice, czy słynny Przyczółek Grochowski) i na ich przykładzie stara nam się pokazać, że to, co obecnie uważamy za stare i brzydkie, w zamyśle twórcy było innowacyjne i nierzadko miało być przyjazne dla użytkownika czy mieszkańca. Bo tak właściwie to całość zbudowana jest nie wokół architektury, ale właśnie architektów. Każdy reportaż przybliża nam konkretnego przedstawiciela tej profesji i za pomocą formy reportażowej prezentuje czytelnikom jego życie i twórczość. Omawia genezę konkretnych budynków, zestawia ją z jej wykonaniem (nierzadko odbiegającym od założeń autora projektu), po czym informuje o dalszych losach budynku (zazwyczaj niezbyt napawających optymizmem).

Patrząc na to, co obecnie zostało po architekturze PRL-u, trudno jest sobie uzmysłowić, że te miejsca, zwłaszcza budynki mieszkalne, miały być idealnym miejscem do życia, utopią. Mieszkający w nich ludzie mieli mieć możliwość załatwienia wszystkich potrzebnych spraw nie opuszczając terenu osiedla. Sklepy, szkoły, tereny rekreacyjne – wszystko miało znajdować się na wyciągnięcie ręki. Wielkopłytowe molochy miały łączyć się z Le Corbusierowskim hasłem reprezentującym niezbędne elementy urbanizmu: ‘słońce, przestrzeń, zieleń’(co bardzo dobrze jest widoczne chociażby na przykładzie omawianych w książce Sadów Żoliborskich).Miało być pięknie, ale jak zwykle nie wyszło. Wyjątkowo jednak nie można tutaj tradycyjnie zrzucić winy na władze komunistycznej Polski. Ta idea po prostu nie odniosła sukcesu w skali całego świata. Doszło nawet do tego, że mieszkańcy zaczęli demolować swoje własne domy, które zamiast zamierzonej emancypacji, kojarzyły się im z totalitaryzmem. Najsłynniejszy taki przypadek doprowadził do wyburzenia osiedla Pruitt-Igoe w St. Luis 15 lipca 1972 (datę tę uznaję się za koniec architektury modernistycznej). Przynajmniej pod tym względem nie odstajemy od reszty świata.

Źle urodzone to połączenie reportaży z albumem. Oprócz interesująco napisanego tekstu znajdziemy tutaj dużo ładnych zdjęć, zarówno tych archiwalnych, jak ich współczesnych odpowiedników autorstwa samego Filipa Springera. Tekst czyta się bardzo dobrze, krój czcionki nie męczy wzroku. Mamy też tutaj duże marginesy, na których znajdziemy przypisy (czyli głównie źródła, z których korzystał autor). I z tymi przypisami wiąże się jedyny mankament tej książki, zademonstrowany na zdjęciu poniżej:



Niestety, nie wygląda to zbyt elegancko i co gorsza dość często takie nachodzenie tekstu przypisu na tytuł rozdziału się powtarza. Mam nadzieję, że wydawnictwo jest świadome tego małego ‘bubla’ i w przyszłości uważniej będzie planowało layout.

Źle urodzone to książka zdecydowanie warta polecenia i to nie tylko dla tych, którzy interesują się architekturą. To ludzie, a nie budynki są bohaterami reportaży zebranych w tej pozycji, dlatego wszyscy, których choć trochę interesują te koszmarne budynki, powinni po nią sięgnąć. Co prawda książka do najtańszych nie należy ale zdecydowanie jest warta wydania tych 74 zł (oczywiście to tzw. cena sugerowana, jak ktoś się postara, to kupi ją nieco taniej), zwłaszcza, że otrzymujemy połączenie dobrze napisanego reportażu oraz pięknego albumu (chociaż piękno budynków przedstawionych na zdjęciach jest dyskusyjne).

Ocena:5/5

wtorek, 23 lipca 2013

Nominacja do Nike #9

Lektura kolejnej książki nominowanej do Nike powoli dobiega końca. Póki co powiem tylko, że wiązałam duże nadzieje z lekturą tej książki i całe szczęście się nie zawiodłam. Więcej wkrótce.

Muszę przyznać, że tematyka przeczytanych przeze mnie ostatnio książek stała się nieco monotonna. Hłasko oraz Tyrmand z portretami społeczeństwa PRL-u. Springer i architektura PRL-u. Lubelski i jego historia kina PRL-u.

Do szczęścia brakuje mi tylko książki o niezwykle sentymentalnym tytule Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem.
Całe szczęście tej książki nie posiadam.

niedziela, 21 lipca 2013

An Outline History of English

Język angielski zdominował niemalże cały świat. Na początku za sprawą podbojów Brytyjczyków, którzy za czasów Imperium mogli się pochwalić posiadaniem kolonii na każdym kontynencie, a obecnie przyczynia się to tego supermocarstwo zajmujące znaczną cześć Ameryki Północnej. Angielski jest wszędzie, wdziera się do każdego języka i powoduje tam niemałe spustoszenia. Jedni są tym zachwyceni, inni łapią się za głowy słysząc kolejne ‘zangielszczone’ odpowiedniki rodzimych słów.

Nie zawsze jednak angielskiemu powodziło się tak dobrze, początki jego istnienia były dość dramatyczne. I chociaż spore grono osób może poszczycić się znajomością tego języka, to już niewielka część z nich docieka jego historii (chyba tylko studenci anglistyki, którzy są do tego zmuszeni w ramach zajęć z historii języka). A szkoda, bo śledząc jego dzieje możemy dociec, dlaczego nie ma zbieżności pomiędzy pismem a wymową, po co im tyle czasów gramatycznych i przyimków, dlaczego ‘I’ zapisywane jest dużą literą itd.

An Outline History of English. Volume 1. External History - Fisiak JacekZa idealny początek zgłębiania dziejów języka angielskiego można uznać lekturę książki An Outline History of English. Volume One: External History prof. Jacka Fisiaka. Jak sama nazwa wskazuje, jest to publikacja poruszająca jedynie kwestię zewnętrznych wpływów na kształtowanie się języka, co zdecydowanie wystarcza na początkowym etapie studiów. Fisiak w dość przystępny sposób zabiera nas w podróż przez dzieje Anglii (z naciskiem na pierwsze wieki kształtowania się państwa) skupiając się na wydarzeniach mających wpływ na ewolucję języka angielskiego. Pierwszym naszym przystankiem są czasy, w których na dobrze znaną nam wyspę przybywają Rzymianie, którzy oczywiście zaczynają zakładać na tym nieznanym terenie pierwsze miasta oraz budować drogi. Tak więc łacina znalazła się na terenie Wielkiej Brytanii stosunkowo wcześnie, bo już w pierwszych latach naszej ery. Oczywiście wyspa ta (zwana przez nich Albionem) nie była bezludna, zamieszkiwały ją plemiona celtyckie, które posługiwały się językami (a jakżeby inaczej!) celtyckimi. Język ten jednak nie zanikł, co jest doskonale widoczne w nazwach niektórych miejscowości. Rzymska kolonia nie przetrwała jednak długo i ok. roku 410 legiony wycofały się z podbitego terenu. Ich miejsce szybko zajęły ludy germańskie, przybycie których można odebrać jako początek języka angielskiego (warto wspomnieć, że nazwę Anglia zawdzięczamy jednemu z tych plemion, którymi byli Anglowie). Dlatego też jeżeli zagłębimy się w klasyfikacje genetyczną języków indo-europejskich, to angielski zaliczany jest do rodziny języków germańskich, a nie celtyckich, jak chociażby język walijski. Warto tutaj wspomnieć, że swój udział w ewolucji angielskiego mają również Wikingowie oraz mieszkańcy Normandii, których język (wariacja francuskiego) przez wiele lat spychała angielski na drugi plan. Dlaczego? Odsyłam do prof. Fisiaka.

An Outline History of English. Volume One: External History czyta się wyjątkowo dobrze. I chociaż jest adresowana do studentów anglistyki, nie jest ona napisana językiem wyjątkowo akademickim, nie ma też dużej ilości języka specjalistycznego. Jak już wspomniałam, znajdziemy tutaj jedynie tło historyczne, próżno szukać dokładnych informacji o zmianach, jakie wówczas dokonały się w języku. To pozycja zdecydowanie bardziej historyczna, niż lingwistyczna. W niektórych miejscach odczuwa się brak tego elementu bezpośrednio związanego z językiem, ot chociażby przydałaby się wzmianka na temat alfabetu obowiązującego w języku staroangielskim. W celu zgłębienia tej oraz innych kwestii, jak chociażby odmiany przez przypadki (tak, takie coś również miało miejsce w języku angielskim), odsyłam do innych źródeł, które postaram się wkrótce tutaj również zaprezentować.

Ocena: 3,5/5

środa, 17 lipca 2013

Nowy Springer nadciąga!


Lektura powyższej książki powoli dobiega końca. Kto by pomyślał, że reportaże dotyczące architektury (i to w dodatku tej modernistycznej!) mogą być takie ciekawe. I raczej nie jestem w tym zdaniu odosobniona, literatura tego typu musi cieszyć się dużym zainteresowaniem, skoro Filip Springer zdecydował się wydać kolejną książkę poruszającą ten temat. Tym razem zamiast badać genezę monumentalnych budynków PRL-u, zajmie się tym, co obecnie wyrabia się w polskiej architekturze. Ponure, odcinające się od historycyzmu bryły w zbyt dużym stopniu przypominały o dawnym ustroju, należało jakoś urozmaicić tę szarość i nudę. Radzono sobie z tym problemem na dwa sposoby: dane budynki zostały albo pomalowane na gustowny róż (najlepiej w komplecie z żółcią i błękitem), albo wyparte przez nowoczesne jednorodzinne zameczki. Jaki jest tego efekt każdy widzi. Springer również dostrzegł ten kompletny brak ładu w zagospodarowaniu przestrzennym Polski i postanowił uwiecznić tę mało chlubną sytuację w zbiorze reportaży pt. Wanna z kolumnadą. Zapowiada się ciekawie.

Premiera prawdopodobnie 25 września.

Więcej informacji tutaj.

niedziela, 14 lipca 2013

Życie towarzyskie i uczuciowe

Wydawnictwo MG 2009

Warszawa, lata 50 minionego wieku. Stolica otrząsa się z szoku spowodowanego II Wojną Światową, a zwłaszcza Powstaniem Warszawskim. Cale połacie miasta zostały zrównane z ziemią, tu i ówdzie sterczą tylko smutne kikuty budynków, które w każdej chwili mogą rozpaść się w proch. Czas na uprzątnięcie tego bałaganu. Mury się pną do góry, robotnicy wyrabiają więcej niż 100% normy, a obywatele i tak nie mają gdzie mieszkać. Koczują u krewnych lub znajomych, gnieżdżąc się po kilka osób w jednym pokoiku. Standard życia przeciętnego mieszkańca Warszawy zdecydowanie do najwyższych nie należy.

Życie towarzyskie i uczuciowe nie opowiada jednak historii tych obywateli. Tyrmand skupia się na osobach, które nie musiały czekać w kolekcie po kwaterunek i nie narzekały na brak środków do życia. Przenosi nas w wyższe sfery, ukazując tę warstwę społeczeństwa, w której sam się obracał. Świat artystów, dziennikarzy, poetów, reżyserów, ludzi wpływowych. Nie stawia im jednak ołtarzyków i nie wychwala pod niebiosa ich osiągnięć artystycznych. Tyrmand wyciąga na światło dzienne ich wszystkie drobne grzeszki, ujawnia ich przekręty, machlojki i akty łapówkarstwa. Nie mniej ciekawie przedstawia się również ich życie uczuciowe, w którym słowo ‘wierność’ zostało przysypane gruzami zdewastowanych budynków, a sfera intymna stała się sposobem na robienie businessu.

Życie towarzyskie i uczuciowe - Tyrmand LeopoldTreść Życia towarzyskiego i uczuciowego zasadniczo koncentruje się wokół dwóch postaci – dziennikarza Andrzeja Felaka oraz filmowca Mikołaja Planka. Ten pierwszy to człowiek sukcesu, który doskonale odnajduje się w powojennych realiach. Ma dojścia, wie do których drzwi zapukać, żeby móc pozwolić sobie na sprowadzenie nowego samochodu, czy kolejny wyjazd na zachód. Za nic ma moralność, dla niego liczy się tylko budowanie wizerunku i wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery. Mikołaj Plank to niemalże jego przeciwieństwo. Artysta wybitny, który przez swój brak entuzjazmu wobec komunizmu, skazany zostaje na porażkę. Prowadzi zdecydowanie mniej wystawny tryb życia, niż jego kolega Felak. Jednak i on święty nie jest, podobnie jak cała galeria postaci pojawiających się w tej powieści. Redaktorzy, pisarze, młode panienki chcące zrobić karierę. Wszyscy chcą zaistnieć, nawet jeśli do celu przyjdzie im iść po trupach.

Największym smaczkiem tej powieści jest fakt, że jest to tekst z kluczem. Bohaterowie książki Tyrmanda to odbicia prawdziwych, żyjących w tamtych czasach osobowości ze świata literatury i sztuki. Nic więc dziwnego, że gdy fragment powieści po raz pierwszy ukazał się w tygodniku Kultura, wywołał niemałe poruszenie wśród związanych ze stolicą literatów. Nikt bowiem nie został w tej książce przedstawiony w pozytywnym świetle. Nawet biedny Plank. I tak szanse na wydanie książki w ówczesnej Polsce spadły do zera.

Czy książka przetrwała próbę czasu? I tak i nie. Ze smutkiem muszę przyznać, że we współczesnej Polsce niewiele się pod względem opisanych w jej treści zachowań zmieniło. Co prawda nie mamy już problemów z załatwieniem mieszkania, czy wyjazdem za granicę, ale wciąż posiadanie odpowiednich znajomości jest najłatwiejszym sposobem na zrobienie kariery. Jednak przeciętny czytelnik z  Życia towarzyskiego i uczuciowego w roku 2013 wynosi jedynie część przekazu. O ile tło historyczno-społeczne jest jeszcze w miarę zrozumiale, to kwestia na kim Tyrmand wzorował swoich bohaterów nie jest już tak oczywista, jak miało to miejsce 50 lat temu. Mnie w trakcie lektury udało się rozpoznać jedynie samego Tyrmanda w postaci Mikołaja Planka (jazz, ekscentryczny ubiór – to wystarczyło). Kim jest reszta? To już trzeba doczytać w opracowaniach.

Życie towarzyskie i uczuciowe do wyborna lektura dla tych, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia wyższych sfer w powojennej Warszawie. Jest to książka niewątpliwie ciekawa, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że jej lektura całkowicie mnie pochłonęła. Na raz mogłam przeczytać jedynie 20, góra 40 stron. Nie wiem tylko, czy to wina autora, czy wydawcy. Dla osoby, która nie ma pamięci do nazwisk, książka, w której pojawia się tak duża liczba postaci, to niemały problem. Natomiast stosunkowo wąskie marginesy i krój czcionki spowodowały, że czytanie męczyło mnie nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Nawet w tym momencie kartkując ten egzemplarz, dostaję lekkiego oczopląsu. Szkoda, że nie pomyślano również o poproszeniu jakiejś mądrej osoby o napisanie wstępu/posłowia, w którym ów osobnik zamieściłby kilka słów umożliwiających pełną interpretację tego dzieła. Mam nadzieję, że ktoś wpadnie na taki pomysł przy kolejnym wznowieniu.

Ocena: 4/5

piątek, 12 lipca 2013

Niecny proceder porzucania książek



Na Goodreads pojawiło się jakiś czas temu ciekawe zestawienie dotyczące porzucania książek – tematu jakże bliskiemu mojemu sercu. Polecam zapoznanie się z całością, ja jednak chciałam zwrócić uwagę na cześć dotyczącą 5 najczęściej porzucanych książek (klasyka). Okazało się, że niemal idealnie wpasowałam się w ten niezbyt chlubny trend.

1. Joseph Heller Paragraf-22 – kupiłam, przeczytałam 3 pierwsze strony i odstawiłam na półkę. Nie, nie chodzi o to, że mi się nie spodobało, w sumie człowiek niewiele ma do powiedzenia po przebrnięciu przez tak niewielką ilość tekstu. Po prostu musiałam przeczytać coś innego, prawdopodobnie jakąś lekturę. I tak dzieło pana Hellera czeka już ok. 3 lat na swoją kolej. Dlaczego po nie jeszcze nie sięgnęłam? Dobre pytanie.

2. J.R.R. Tolkien Władca pierścieni ­­– prezent od rodziców na 12 urodziny. Uwielbiałam film i koniecznie chciałam przeczytać książkę. No cóż, po kilku rozdziałach stwierdziłam, że wrócę do niego później (nie pamiętam już, co było powodem tej decyzji). Do tej pory nie wróciłam. Dlaczego? Jak już wspominałam, nie lubię opasłych tomów, a tutaj mam ich aż trzy egzemplarze. Jednak dzieło Tolkiena nie ma prawa czuć się zapomniane – zamiast mnie przeczytał je mój tata. Zawsze to coś.

3. James Joyce Ulisses – ubiegłoroczna lektura na zajęcia z literatury współczesnej. Stwierdziłam, że tym razem nie będę szła na skróty i przeczytam całość w oryginale. Miałam na to całe 4 tygodnie ferii, spokojnie bym zdążyła. I tak po 20 pierwszych stronach oddałam egzemplarz do biblioteki. Nie dałam rady, przysypiałam w trakcie lektury, moje myśli wędrowały w zupełnie przeciwnym kierunku niż Dublin. Poza tym nie oszukujmy się, nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Ale kiedyś do niej wrócę.

4. Herman Melville Moby Dick – pamiętam, jak na zajęciach z literatury amerykańskiej wykładowca powiedział nam, że jest to książka ważna, ale nie każe nam jej czytać, bo jest niesłychanie nudna. Ja oczywiście od razu po zajęciach pobiegłam do biblioteki i ją wypożyczyłam. Przecież ona nie może być aż TAK nudna, że nie da się jej przeczytać. No cóż, po kilku stronach stwierdziłam, że jednak to nie jest pozycja dla mnie. Zdarza się.

Z Atlasem zbuntowanym  Ayn Rand nie miałam jeszcze styczności. Ciekawe, czy i tę pozycję bym bestialsko porzuciła? Koniecznie muszę się przekonać.

A wam zdarza się porzucać książki?

wtorek, 9 lipca 2013

Tyrmand - podejście no.1


Czas zredukować mój ‘wakacyjny stos’ – na pierwszy ogień poszedł Tyrmand i jego Życie towarzyskie i uczuciowe.

Istnienie Tyrmanda odkryłam dopiero w tym roku (no cóż, lepiej późno niż wcale), ale jego postać od razu mnie zafascynowała. Paradoksalnie, przesądziła o tym nie literatura, ale muzyka. Bo jak tu nie zainteresować się kimś, komu zawdzięczamy wzrost zainteresowania jazzem w powojennej Polsce?

Wiem, powinnam zacząć od Złego, bo to powieść wybitna, wszyscy ją chwalą i doceniają. Ale Zły ma rozmiar małej cegiełki a ja niesprawdzonych cegieł się boję. Bo co będzie, jak mi ten Tyrmand jednak nie przypadnie do gustu? Mam książkę porzucić? Nie lubię tego. Mam brnąć do końca przysypiając na każdej stronie? Też kiepska perspektywa. Dlatego zdecydowałam się na nieco cieńsze (chociaż i tak liczące prawie 500 stron) Życie towarzyskie i uczuciowe. To jednak mniejsze ryzyko.

No cóż, książka ta przeleżała u mnie na półce 4 miesiące, aż wreszcie odważyłam się ją otworzyć i rozpocząć lekturę. Jestem w połowie i cóż mogę stwierdzić? Nie przysypiam. Jest ciekawie, chociaż nie fascynująco. Akcja nie jest wciągająca, ale momentami intryguje. Mam nadzieję, że dalsza część mnie również nie zawiedzie. 

niedziela, 7 lipca 2013

Moje książki na lato 2013 #2

Wydawnictwo Znak ma zdecydowanie zbyt kuszące promocje.
Wydawnictwo Znak ma zdecydowanie zbyt kuszące promocje.

Suplement do mojego 'wakacyjnego stosu'.

I tak książek przybywa a czasu na czytanie jak na złość mam coraz mniej. Będę zadowolona, jeśli uda mi się przeczytać przynajmniej 25% pozycji znajdujących się w tych stosach.

Uwielbiam kupować 'grube' książki, ale mam później problem z ich czytaniem. Po jakimś czasie czuję się zmęczona ich lekturą, więc odkładam je na półkę i sięgam po coś innego. Dalsze losy takiego 'półkownika' mogą potoczyć się na dwa sposoby:
a) sięgam po kolejną książkę. I kolejną. Obiecuję sobie, że przeczytam jeszcze jedną (tą ostatnią) i wrócę do tego opasłego tomu zbierającego kurz na półce. Oczywiście to nigdy nie następuje.
b) wracam do delikwenta i odkrywam, że wszystko zapomniałam. Zaczynam czytać i czuję się zagubiona. Czyżbym musiała cofnąć się o te 200 stron i zacząć wszystko od nowa? Może innym razem. Odkładam książkę na półkę i sięgam po coś innego.

Mam nadzieję, że tym razem uda mi się zmobilizować i nie porzucę żadnej lektury.

sobota, 6 lipca 2013

Patrz na mnie, Klaro!

Krytyka Polityczna, 2012

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Kai Malanowskiej. Ponieważ nie mam w zwyczaju czytać recenzji przed sięgnięciem po książkę (nie chce mieć popsutej przyjemności z poznawania danego dzieła), zupełnie nie wiedziałam, czego mogę się po tej powieści spodziewać. Moja wiedza kończyła się na zasłyszanym stwierdzeniu, że jest to powieść psychologiczna. A to już coś.

Patrz na mnie, Klaro! - Malanowska KajaElement psychologii faktycznie jest tutaj dość odczuwalny. Chociaż Kaja doktoryzowała się z genetyki bakterii, to jednak jej znajomość meandrów ludzkiej psychiki jest ponadprzeciętna. Cała powieść to studium jednego, ale za to jakże wybitnego przypadku. Obiekt naszych obserwacji ,Klara, to bohaterka trudna, której specjalnością są skomplikowane, czasami wręcz toksyczne, związki. Począwszy od związku z nadopiekuńczą matką, brnąc przez rozczarowanie przyjaciółką ze szkoły podstawowej, przez niespełnioną, studencką miłość, kończąc na małżeństwie, które oczywiście skazane jest na fiasko – żadna z tych konfiguracji nie przynosi Klarze szczęścia. Nic więc dziwnego, że bohaterka ostatecznie wpada w depresję, która z czasem przeistacza się niebezpieczną obsesję. Klara dotknęła bowiem jeszcze przypadłość – nie posiada stabilnej tożsamości. Jej osobowość zmienia się i dopasowuje do osób, z którymi przebywa. Nie jest w tym oczywiście nic zdrożnego, nie od dziś wiemy, że otaczające środowisko ma ogromny wpływ na człowieka. Jednak w przypadku naszej bohaterki to ‘naśladownictwo’ zaczyna odbywać się w sposób dosłowny. Obiektem jej fascynacji staje się domniemana kochanka męża. Klara zaczyna analizować zdjęcia swojej konkurentki, które ta w dużych ilościach zamieszcza na facebooku. Zaczyna czytać jej bloga, wkradając się coraz bardziej w jej życie prywatne. Z czasem rozpoczyna się proces upodabniania – zmienia się jej garderoba, która teraz łudząco przypomina ubrania tamtej. Śladem tamtej kobiety zaczyna pisać bloga, jednak język jej zapisków ma niewiele wspólnego z jej własnym – to raczej kopia stylu tamtej. W ten sam sposób Klara stopniowo zatraca swoje prawdziwe ‘ja’.

Kaja Malanowska zdecydowała się na wprowadzenie trójtorowej narracji. Najwięcej do powiedzenia ma narrator, który z perspektywy osoby trzeciej prezentuje nam całą historię. Od czasu do czasu pojawiają się zapisy z bloga prowadzonego przez Klarę, po których zazwyczaj następuje zapis kursywą, odzwierciedlający prawdziwe myśli bohaterki. O ile Kaja-blogerka jawi się jako osoba dynamiczna, niezależna  oraz dowcipna,  to już jej prywatne zapiski pokazują osobę zagubioną, zmagającą się z wieloma problemami, nie potrafiącą poradzić sobie z własnym życiem.

Patrz na mnie, Klaro! to pozycja, która zadowala przemyślaną konstrukcją oraz posługiwaniem się językiem emocji. I chociaż nie dzieje się tutaj zbyt wiele i nie zaznamy dramatycznych zwrotów akcji, to jednak jest w tej książce coś, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Czytałam ją, mimo, że główna bohaterka swoja nijakością irytowała mnie do granic możliwości. Czytałam ją, chociaż zazwyczaj nie czytam tego typu książek. Bo pomimo oryginalności, Patrz na mnie, Klaro! to wciąż tzw. literatura stricte kobieca. I chociaż na okładce widnieje rekomendacja samego Ignacego Karpowicza, to nie sądzę, by zbyt wielu panów zdecydowało się sięgnąć po tę pozycję.

Ocena: 3,5/5

Ps. Nie ma to jak spędzić godzinę na pisaniu recenzji, po czym ją najzwyczajniej w świecie usunąć.   

środa, 3 lipca 2013

Dziennik


Autor: Jerzy Pilch
Wielka Litera, 2012

Dziennik Jerzego Pilcha do zbiór zapisków prowadzonych przez autora na przestrzeni  lat 2010 - 2011. Nie znajdziemy tutaj jednak pikantnych informacji z życia autora (tak jak w głośno reklamowanym Kronosie Gombrowicza). Wątki dotyczące życia uczuciowego autora zostały zredukowane do minimum, alkohol nie leje się strumieniami. Więc o czym w takim razie pisze Pilch w swoim dzienniku? O otaczającej nas codzienności. O wydarzeniach rozgrywających się zarówno na arenie politycznej, jak i w świecie literackim. Tymi, którymi żyje cała Polska oraz, które są wyjątkowo istotne dla niego. Owszem, czasami zdarza mu się opisać wyjście na spacer, tudzież spotkanie ze znajomym, ale zawsze taka wzmianka prowadzi go do refleksji na jakiś bardziej rozległy temat.  Bo tak naprawdę Dziennik jest dziennikiem jedynie z nazwy, dla mnie jest to raczej zbiór felietonów (nie bez znaczenia jest tutaj fakt, iż jego treść pojawiała się systematycznie na łamach Przekroju).

Dziennik - Pilch JerzyW minionym roku od narodzenia Chrystusa dwa tysiące i dziewiątym utraciłem wiarę.

Umieszczenie takiego wyznania już na pierwszej stronie nie może być kwestią przypadku, wiadomo, że całość książki będzie w jakiś sposób nawiązywać do tego śmiałego zdania. W jaki? Są dwie opcje:

a) autor przez cały tekst będzie negował istnienie siły wyższej, będzie wytykał wady instytucji religijnych i głosił zalety bycia ateistą, lub
b) autor w trakcie pisania dziennika odnajdzie Boga i przeżyje nawrócenie.
Istnieje także mało wyrafinowana opcja c) (autor stawia śmiałą tezę, ale nigdy do niej nie powraca), jednak w przypadku kogoś klasy Pilcha, raczej od razu należy ją odrzucić.

Więc jak to jest z Pilchem i jego wiarą? No cóż, wystarczy przeczytać kilkanaście pierwszych stron i już widać, że kwestia religii (w jego przypadku luteranizmu), co chwilę pojawia się w jego zapiskach. I bynajmniej nie jest to jej krytyka, wręcz przeciwnie! Pilch na temat luteranizmu pisze dużo i pozytywnie a jeżeli komuś się obrywa, to katolikom (czasami słuszne). Więc jak to jest u niego z tą utratą wiary? Proszę przeczytać i się przekonać. A jak komuś się nie chce przebrnąć przez te 453 strony, to wystarczy zerknąć na zakończenie. Bo Pilch oczywiście całość spina piękną klamrą.

Oczywiście kwestia wiary to nie jedyny temat pojawiający się na kartach Dziennika. Autor dużo miejsca poświęca swojej pasji, jaką jest piłka nożna. Równocześnie z wyrzeczeniem się Boga, następuje wyparcie się Cracovii Kraków. Jednak i to wyznanie oczywiście nie powstrzymuje Pilcha od śledzenia rozgrywek klubowych, jak i Pucharu Świata w RPA oraz utrwalania swoich refleksji na ten temat na kartach Dziennika.

Polityką Pilch niby się nie interesuje, jednak i ta kwestia przewija się w jego zapiskach. Nic jednak dziwnego, niemożliwym było nie interesowanie się tymi zjawiskami w roku spadającego samolotu. Czasami są to komentarze łagodniejsze, czasami bardziej dosadne. Dużo więcej znajduje się za to odniesień do świata literackiego, zostają przywołani zarówno mistrzowie (Iwaszkiewicz, Gombrowicz) jak i autorzy współcześni. Komentarze, polemiki - fani literatury będą zadowoleni. Wszystkie te globalne wydarzenia przeplatają się z życiem osobistym autora, w dużej mierze zamkniętego w sferze wspomnień.

Chociaż tu i ówdzie przebija się światełko ironii, czy żartu, to jednak większość tekstu porusza raczej cięższe, mroczniejsze kwestie samotności, starzenia się, przemijania i odchodzenia.  Już drugi wpis (znamienna data 31.12.2009) zaczyna się słowami Jak się odziać do trumny?, co w rezultacie przywołuje wspomnienie dwóch śmierci – Iwaszkiewicza oraz ojca autora. Dalej również od czasu do czasu przesiąka ten trumienno-grobowy nastrój. „Szamotanina ze zdrowiem, szamotanina z czasem, szamotanina z pisaniem – szamotanina ze wszystkim.”



Dziennik to pozycja zdecydowanie godna uwagi, myślę, że każdy (nie tylko zagorzały fan twórczości Pilcha) znajdzie w nim coś dla siebie i kto wie, może nawet będzie do niego wracać. Ja już wiem, że ciężko będzie mi się rozstać z wypożyczonym egzemplarzem.

Ocena: 4/5

wtorek, 2 lipca 2013

Książka miesiąca - czerwiec 2013



Nadeszła chwila na podsumowanie minionego miesiąca.

W czerwcu udało mi się przeczytać 10 książek, czyli dokładnie tyle samo, co w maju. W tym miesiącu jednak skupiłam się głównie na literaturze polskiej z jednym (ale za to jakim!) akcentem amerykańskim. Było trochę poezji (Rekordy Tomasza Pietrzaka), ale i tak głównie dominowała proza. Nawet tak dziwna, jak Kebab Meister. Przewijały się głównie pozycje nominowane do Nike oraz do Nagrody Literackiej Gdyni. Dużo współczesności, zero klasyki (chyba, że ktoś zacną łatkę ‘klasyki’ przykleja literaturze lat 50-60 XX wieku – ale to jest lekka przesada). Chyba zmieniają się moje preferencje czytelnicze.

Czas na wybór książki miesiąca. Tym razem nie mam z tym najmniejszego problemu.

Miejsce trzecie: Wisława Szymborska Błysk Rewolwru – poprawiacz humoru, idealny nawet dla tych, których poezja nie zachwyca.

Miejsce drugie: Venturi, Scott Brown, Izenour - Uczyć się od Las Vegas – nie dość, że książka opisuje ciekawe zjawiska, to jeszcze została elegancko wydana. Zapewniła mi sukces na obronie oraz rozbudziła zainteresowanie architekturą.



Miejsce pierwsze: Zyta Oryszyn Ocalenie Atlantydy – laureatka tegorocznej edycji Nagrody Literackiej Gdynia. Niby napisana w starym, dobrym stylu, ale jednak flirtująca z nowoczesnymi trendami z literaturze. To pozycja, którą po prostu trzeba przeczytać.

A co w lipcu?
Dalszy ciąg nominacji do Nike (jedna książka już się szykuje do recenzji, druga się czyta). Mam również nadzieję, że uda mi się jakoś zmniejszyć mój ‘wakacyjny stos’, przynajmniej o te 2-3 pozycje. Tyrmand już figlarnie puszcza do mnie oko, tak zacnej osobie po prostu odmówić nie wypada. 

Niminacja do Nike #8


To już 8 pozycja nominowana do Nike, którą mam okazję czytać. Idzie mi zaskakująco dobrze.

Tym razem przyszła kolej na Patrz na mnie, Klaro! Po lekturze pierwszych 40 stron mogę stwierdzić, że jest lepiej niż myślałam. Całość zaczyna się ciekawie, trochę nawet intrygująco. Ale przede mną jeszcze wędrówka przez 236 stron, mam nadzieję, że pani Kaja Malanowska nie wywiedzie mnie na manowce i nie zgubię się w gąszczu trójtorowej narracji. Chociaż w świecie literatury lepiej jest jednak natknąć się na taki trudny do przebycia gąszcz, niż znaleźć się na polanie z wykarczowanymi drzewami.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Uczyć się od Las Vegas


Autorzy: Robert Venturi, Denise Scott Brown, Steven Izenour
Tłumaczenie: Anna Porębska
Karakter, 2013

Troje architektów - Robert Venturi, Denise Scott Brown oraz Steven Izenour – zdecydowało się poddać analizie zabudowanie przestrzeni handlowo-usługowej oraz pasa drogowego światowej stolicy hazardu – Las Vegas. Ten z pozoru niewinny projekt badawczy przeistoczył się w coś, co z czasem urosło do rangi jednej z najważniejszych książek na temat architektury nowoczesnej. Prosta analiza zapoczątkowała dyskusję na temat nowego stylu w architekturze, postmodernizmu, oczywiście w odniesieniu do idei Le Corbusiera, czołowego architekta powoli przemijającego modernizmu.

Uczyć się od Las Vegas - Venturi Robert, Brown Denise Scott, Izenour StevenAle moment, czego tak właściwie możemy nauczyć się od tandetnej i kiczowatej zabudowy Las Vegas? No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że najlepiej uczy się na tych najbardziej ekstremalnych przykładach. I tak jak architekturę modernizmu najłatwiej jest wytłumaczyć na przykładzie bloku mieszkalnego (który wbrew temu, co większość z nas sądzi, nie jest wynalazkiem komunizmu, lecz samego Le Corbusiera), tak postmodernizm najłatwiej jest zrozumieć spoglądając na hotele w kształcie piramid znajdujące się w Las Vegas, przydrożne szyldy, czy też zaglądając do podmiejskich ogródków. W tej książce Venturi skupia się bowiem jedynie na architekturze „zwyczajnej i brzydkiej”, odstawiając na bok budynki-dzieła sztuki. Zestawia on modernistyczne monumenty z ‘kaczkami’ oraz ‘dekorowanymi budami’. Udowadnia, że ‘bilbordy są prawie w porządku’ a przydrożne szyldy komunikują więcej, niż nam się wydaje.

Uczyć się od Las Vegas może przeczytać każdy. Nie ma się czego bać, książka napisana jest językiem wyjątkowo przystępnym, czytało mi się ją znacznie lepiej, niż wszystkie artykuły, które powielały treści w niej zawarte. Tu i ówdzie pojawia się tzw. słownictwo specjalistyczne, ale jest ono zawsze wyjaśnione, albo przez samego autora albo dzięki tłumaczce. Całość czyta się wyjątkowo płynnie (co z pewnością jest również zasługą dobrego tłumaczenia) i, co najważniejsze, ciekawie. Wbrew pozorom opisane w książce zjawiska nie są tak odległe, jak nam się może w pierwszej chwili wydawać.

Chociaż książka po raz pierwszy ukazała się w roku 1972, niewiele straciła na ważności, zwłaszcza w przypadku Polski. Nie musimy szukać Las Vegas, żeby zobaczyć budynki będące kiepskimi imitacjami innych stylów. Wystarczy wybrać się w podróż dowolną trasą szybkiego ruchu (ale nie autostradą). Zwróćcie uwagę, ile po drodze napotkacie restauracji/moteli aspirujących do bycia wiejską chatą lub młynem. A ileż miniecie szyldów czy bilbordów – całe mnóstwo! Oczywiście nie ma się tutaj co oszukiwać – takie elementy zdecydowanie szpecą krajobraz, ale zawsze możemy pocieszyć się tym, że możemy to zjawisko jakoś nazwać. Jest to postmodernizm, to nic, że w tym wydaniu spóźniony o kilkadziesiąt lat.

Jedynym mankamentem książki jest jej cena. No cóż, nie każdy jest gotowy na wydanie tych 79 zł. Ja nabyłam tę książkę w akcie desperacji (zbliżająca się obrona) i chociaż w pierwszym momencie miałam dość duże wyrzuty sumienia, to jednak po przeczytaniu kilku pierwszych stron stwierdziłam, że było warto. W dodatku całość jest bardzo ładnie wydana, dużo jest w niej zdjęć oraz schematów, co znacznie ułatwia zrozumienie teksu a zarazem w pewien sposób tłumaczy wysoką cenę.

Gorąco polecam!


Ps. Świadomie w tekście odnosiłam się jedynie do Venturiego, bowiem to z nim jest obecnie kojarzona ta książka. W żadnym z artykułów, które miałam okazję czytać przed nabyciem książki, nie pojawiły się nazwiska pozostałych autorów. Trochę podpada to pod dyskryminację,ale powtarzanie nazwisk całej ‘trójcy’ jest jednak męczące – również dla czytelnika.

Ocena: 4,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...